niedziela, 5 października 2008

Wycieczki równoległe

W pierwszą samochodową wycieczkę objazdową zabraliśmy Różę, gdy miała niespełna dwa miesiące. Za cel wybraliśmy północne Mazowsze (a przynajmniej tę część na północ od Warszawy) i postanowiliśmy dzieciom pokazać zamek w Ciechanowie, pałac w Opinogórze i najdłuższy rynek miejski w Pułtusku.
Po powrocie zorientowałem się, że Franka pierwszy wyjazd (nie prowadziliśmy jeszcze wtedy tego bloga) wyglądał bardzo podobnie. Też na jego trasie znajdował się zamek, pałac i zabytkowe miasteczko (tylko w trochę innej kolejności). Dlatego opiszę te dwie wycieczki równolegle.


Niby podobne, a jednak różne. Z Franiem wybraliśmy się w pierwszą podróż, jak miał prawie trzy miesiące. Z Różą już się tak nie cackaliśmy i zrobiliśmy to ponad miesiąc wcześniej, narażając ją na całodzienną wycieczką samochodem na dystansie ponad dwustu kilometrów. Dla pierworodnego wzięliśmy "wisiadło" (jego małe kończyny zwisały bezwładnie spod piersi ojca) i wózek z gondolą, dla córki - chustę, podtrzymującą ją w pozycji embrionalnej (a przy okazji potencjalnie duszącą) i fotelik samochodowy na ramie wózka. Ale dość już o sprzętach, czas coś napisać o atrakcjach.


Zamki w Ciechanowie i Czersku (bo tam właśnie zawieźliśmy na początku Franka na początek jego podróżniczej drogi), to najlepsze na Mazowszu przykłady średniowiecznych fortec. Zachowane wieże, na które można wejść, cały (lub prawie cały) obwód murów obronnych, to upadabnia do siebie te zamki. Różne są tylko widoki. W Czersku oglądamy położoną niżej rozległą dolinę Wisły z charakterystycznymi sadami, natomiast w Ciechanowie - podmokłe łąki, wśród których wzniesiono książęcą siedzibę, a także pobliskie zabudowania.


Pałace w Otwocku Wielkim i Opinogórze są nieporównywalne. Barokowe mieszkanie marszałka Bielińskiego miało gości zaszokować swym bogactwem i przepychem. Krasińscy przeciwnie; ich siedziba to romantyczne ustronie, dokąd mogli uciec od politycznych i salonowych intryg, z małym neogotyckim pawilonem mieszkalnym na niewielkim pagórku, położonym pośrodku obszernego parku, gdzie Franciszek rozgarniał zżółtłe liście swoją kaczką, a Różyczka spała w najlepsze.

Obie wycieczki (z 2006 i obecną) kończyliśmy spacerem po mazowieckich miasteczkach. W Górze Kalwarii obeszliśmy rynek i szybko pojechaliśmy do domu na obiad. Gdybyśmy w ten sam sposób zwiedzili Pułtusk mielibyśmy wielki problem, bo wkrótce po wyjeździe z miasta utknęliśmy w dwugodzinnym korku w okolicach Serocka i Zegrza. Na szczęście nie byliśmy na czczo, pułtuski rosół nieźle nas rozgrzał.

środa, 25 czerwca 2008

Niestrudzeni zbieracze UNESCO

W Polsce najlepszymi "terenami łowieckimi" dla zbieraczy miejsc z Listy Światowego Dziedzictwa Ludzkości są okolice Krakowa, więc tam udaliśmy się, by powiększyć naszą sporą już polską kolekcję.
W dwa dni udało się nam zobaczyć trzy z nich: drewniany kościół w Lipnicy Murowanej, sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej i obozy koncentracyjne Auschwitz-Birkenau, choć bardziej pewnie pasowałoby tu słowo "zaliczyć".

Pierwszą wycieczkę można nazwać "folklorystyczną". Zaczęliśmy od przepłynięcia Wisły promem, a potem skierowaliśmy koła swego auta do Zalipia, niewielkiej galicyjskiej wioski, rozsławionej przez miejscowe malarki ludowe. Zaczęło się kilkadziesiąt lat temu od Felicji Curyłowej, utalentowanej amatorki, która wszystkie sprzęty domowe w swej chałupie (meble, święte obrazy, talerze, garnki, pościele) ozdabiała kolorowymi motywami kwiatowymi zgodnymi z kanonami sztuki ludowej. Gdy sprzętów zabrakło zaczęła malować ściany swego domostwa, te wewnątrz, jak również zewnętrzne. Po śmierci jej chałupę przejęło muzeum, ale tradycja ozdabiania nie zaginęła. Sami widzieliśmy kilka kobiet siedzących przed (najprawdopodobniej) domem kultury i pracujących z zapałem nad jakimiś malowidłami. Efektem działań twórczych zalipianek są nie tylko ozdobne domy, obory, stodoły, ale również dekoracje malarskie studni, bud dla psów, krzyży przydrożnych, kwietników, pomostów ...  Na poszukiwaniu kilkudziesięciu malowanych domów strawiliśmy godzinę, bo wieś jest duża i nie ma zwartej zabudowy, ale aparat nie odpoczywał. Niestety nie dane nam było zobaczyć, co kryją ich mieszkania. Miejsce naprawdę unikalne!





Kolejnym punktem tej "objazdówki" była wieś Lipnica Malowana, która do niedawna słynęła ze swych palm wielkanocnych, a teraz z małego drewnianego kościółka, pamiętającego czasy pierwszych Jagiellonów. Ciekawostką jest to, że gdy ten mały kościół stojący teraz na cmentarzu był zagrożony powodzią z 1997 roku, mieszkańcy przywiązali go do majestatycznych dębów stojących w pobliżu, aby nie odpłynął z wielką wodą do Gdańska. Dzięki ich ofiarności nadal możemy przenieść się do średniowiecza, najpierw pochylając głowę, by wejść pod niskie podcienia, otaczające kościółek św. Leonarda, potem kuląc się jeszcze bardziej, by przekroczyć niewysokie drzwi. Zapach starego drewna, niewyraźne polichromie, trzy gotyckie tryptyki dopełniają efektu przeniesienia się w czasie o kilkaset lat.



Trasa drugiej naszej wycieczki biegła przez Oświęcim, Wadowice i Kalwarię Zebrzydowską. Auschwitz-Birkenau to z pewnością nie jest miejsce dla małych dzieci, więc korzystaliśmy z okazji, że Franek jeszcze niewiele kojarzył i nie zadawał trudnych pytań. Na nas największe wrażenia zrobiły gabloty wypełnione setkami walizek, butów, bo te przedmioty jakoś humanizowały tę przerażającą przestrzeń.

Wadowice nie zajęły nam wiele czasu, bo cóż tam można robić prócz zjedzenia kremówek? Gdy dojechaliśmy do Kalwarii Zebrzydowskiej, ruszyliśmy po "dróżce", ale szybko okazało się, że wolno nam idzie (po całym dniu chodzenia - zwłaszcza w Brzezince), więc zawróciliśmy, nie dochodząc do potoku Cedron i na skróty poszliśmy od razu na Golgotę. Więc wyszło - jak zwykle z dziećmi - na wariackich papierach i w Kalwarii starczyło nam czasu tylko na to, aby zrobić bezrefleksyjnie fotki pod Kościołem Ukrzyżowania, Kapliczkami Zdjęcia z Krzyża i Grobem Pańskim, czyli droga na skróty kompletna. "Zaliczenie"  warunkowe. Potrzebna repeta.



niedziela, 25 maja 2008

Żebra żubra

Wyjazd do Puszczy Białowieskiej był dla nas wyjątkowy. Po raz pierwszy w naszej podróżniczej karierze musieliśmy wrócić wcześniej i w dodatku z tak błahego powodu, jak brak pieniędzy na koncie. Dlaczego tak się stało?



Może zadecydował drogi nocleg?
Nie, nic z tych rzeczy. Jak zwykle skąpiliśmy na noclegu i znaleźliśmy coś mega taniego, ale na obrzeżach Puszczy Białowieskiej; z niebezpiecznymi schodami, które trzeba było "murować", by nam Franio nie spadł; a nasze lokum stanowiło wcześniej pokój jakiegoś gimnazjalisty, co zdradzał jego wystrój. A i tak się cieszyliśmy, że coś mamy, bo jak zwykle zabraliśmy się za rezerwację na dwa dni przed wyjazdem, przerzucając się ciągle "Ty dzwonisz ...  ja załatwiłam poprzedni nocleg ... wcale nie, tym razem to Twoja kolej"



To napewno jedzenie w restauracjach!
Też pudło. Jadaliśmy wieczorami w naszej kwaterce makaron z sosem, który sami sobie przygotowaliśmy, a całe dnie byliśmy na kanapkach, słodkich bułkach i bananach. Zresztą zawsze staramy się na wyjazdach ograniczać, by przy okazji zwiększonego wysiłku fizycznego, zrzucić choć jeden zbędny kilogram.



Za dużo jazdy autem?
Fakt, od kiedy mamy samochód uwielbiamy objazdówki. Dwieście kilometrów jednego dnia z trzema, czterema dobrze dobranymi postojami w atrakcyjnych miejscach (gdzie Franek może się dobrze wybiegać), to obecnie nasza ulubiona forma podróży po Polsce. I tym razem udało się taką zrealizować. Ruszając z okolic Zalewu Siemianówka, dotarliśmy do meczetu w Kruszynianach, cerkwi w Supraślu (na zwiedzenie galerii ikon trzeba było czekać kilka godzin, więc ją sobie darowaliśmy), rodzinnej wioski mojego dziadka (wbrew pozorom nie są to Cibory - a Milewo, a Ciborowscy stanowią tam mniej niż jedną czwartą populacji ...),  Tykocina, z jego bajeczną synagogą, drewnianą zabudową, żelaznym mostem i pomnikiem Czarnieckiego. Tym razem wyszło prawie trzysta kilometrów. Ale czy przełożyło się to na wysokie koszty? Nie, bo nasz samochód jest na gaz.



Kosztowne wstępy do muzeów itd?
Ależ skąd, ponad połowę trzydniowego wyjazdu przeznaczyliśmy na spacery po Puszczy Białowieskiej, a to nam nie pożarło oszczędności. Na pierwszy ogień poszła ścieżka dydaktyczna "Wokół uroczyska Głuszec", gdzie zamiast głuszczów zobaczyliśmy środleśną stację dawnej kolejki wąskotorowej, którą przewożono drewno z serca Puszczy. I podziwialiśmy wieś Masiewo okrążoną z każdej strony groźnym lasem. Nie było nam po tych pięciu kilometrach dość, więc przenieśliśmy się w inne miejsce parku i tam przeszliśmy krótszy odcinek do wieży widokowej, skąd rozpościerał się widok na rzekę Narewkę i otaczające ją łąki.
Kolejnego dnia daliśmy niewielki datek w meczecie, zapłaciliśmy za bilety do tykocińskiej synagogi i tyle.
Drugi "puszczański" dzień przeznaczyliśmy na Hajnówkę, podziwianie dębów Królów Polskich, muzeum Białowieskiego Parku Narodowego i zagrodę pokazową żubrów. I te właśnie atrakcje (plus horrendalny koszt parkingu) mogły stanowić większość naszych wydatków.
Niestety fakt, że z wieży w muzeum nie było widać niekończącego się lasu w każdą stronę nie był jedyną porażką tego dnia. Na ścieżce "Żebra żubra" musieliśmy wycofać się z powodu błota, którego nasz wózek nie dał rady sforsować. Ale to nie generowało wysokich kosztów ...




No cóż, chyba powód naszego wcześniejszego powrotu był bardziej banalny. Zbyt niska pensja :(.


piątek, 25 kwietnia 2008

Fantazje Fryderyka Wielkiego

To wyglądałoby imponująco, pionowe ściany Szczelińca Wielkiego przedłużone kilkumetrowymi szańcami, kurtynami i bastionami, kryjącymi arsenały, koszary i wieże obserwacyjne, zapewniającymi panowanie nad częścią Kotliny Kłodzkiej. Fryderyk Wielki musiał się naoglądać saskiego Koenigsteinu, by marzyć o zbudowaniu na pionowej, litej skale twierdzy "nie do zdobycia", chroniącej ledwo co zdobyty Śląsk. Na szczęście na planach się skończyło i najwyższa z Gór Stołowych jest nadal we władaniu "górołazów", a nie turystów wylewających się z autokarów.


My zachęceni sukcesem pierwszego wspólnego trekkingu, postanowiliśmy zbliżyć się do granicy tysiąca metrów nad poziomem morza, więc wchodziliśmy dzielnie do drabinkach, przeciskaliśmy się przez głębokie szczeliny oraz "Piekiełko", gdzie nadal panowała niepodzielnie zima, ciesząc się na koniec widokami pozostałych "stołów".

Oczywiście kilkugodzinny trekking to byłoby dla nas za mało w tak piękny wiosenny dzień, więc uruchomiliśmy skodzinę, by pojechać w inne pasmo górskie czyli Góry Sowie i zobaczyć kolejne marzenie Wielkiego Fryca, tym razem zrealizowane czyli twierdzę srebrnogórską.



 Ona też okupuje szczyt, więc jak zaparkowaliśmy na przełęczy dzielącej Góry Sowie od Bardzkich, musieliśmy się nieźle namęczyć, aby wspiąć się do samego jądra tej górskiej fortecy czyli będącego w trakcie remontu Donżonu. Tam zaopiekował się nami przewodnik, prowadząc po kazamatach, pokazując z bastionów, jak wielka to była twierdza, choć teraz w zdecydowanej większości kompletnie zrujnowana i ukryta w gęstym lesie. Stamtąd też było widać rozległe równiny śląskie, do których z Czech wiodła droga właśnie przez tę przełęcz. Nie zobaczyliśmy tylko kolejnych srebrnogórskich atrakcji, czyli wiaduktu kolejowego oraz urokliwego, zabytkowego miasteczka, ciągnącego się aż do przełęczy. Więc po zwiedzeniu fortyfikacji mieliśmy co zwiedzać aż do zachodu słońca.


 PS. Oczywiście twierdza Srebrna Góra jest siódmym z mych dolnośląskich cudów.

środa, 23 kwietnia 2008

W skalnym labiryncie

Poznawanie niesamowitych formacji Gór Stołowych postanowiliśmy zacząć od największej atrakcji regionu - Skalnych Miast w Czechach. Adrszpaskie skały uformowane przez wodę, wiatr i mróz w monumentalne piaskowe wieże, kotły, szczeliny, wyrastają tuż za polską granicą. 



Znając swoje ograniczenia w postaci ciążącego mi brzucha i słabego ogniwa - Franciszka, zdecydowaliśmy się pokonać jedną, atrakcyjną widokowo trasę. Nasza droga prowadziła kamiennym chodnikiem między postrzępionymi skalnymi ścianami, które czasami klaustrofobicznie przytłaczały, a czasami otwierały przed nami szerokie studnie skalne, z ukrytymi w załomach wodospadami,wodospadzikami i strumykami. 



Ścieżka momentami ostro wspina się po metalowych schodkach, ale jako że kocham wszelkie strome podejścia, nawet ciężar brzucha nie był w stanie zakłócić piękna chwili ;). Moja postura bywała jedynie sporym utrudnieniem podczas mijanek na wąskich ścieżkach i stopniach. Okoliczne skały przyjmują najróżniejsze kształty, które często budzą konkretne skojarzenia, zyskały więc nazwy, np: Kochankowie (dwa bloki złączone w miłosnym uścisku), Starosta i Starościna (monumentalne zwrócone ku sobie figury, ubrane w osiemnastowieczne stroje). 
Wędrując w tym surrealistycznym krajobrazie dochodzimy ostatecznie do miejsca, które zrobiło na mnie największe wrażenie - wysokie i wąziutkie pęknięcie między dwoma gładkimi, pionowymi ścianami, którędy to przeciska się nasza ścieżka. Jakoś zmieściłam się ze swym brzuchem, ale myślę, ze wiele bardziej postawnych osób w tym miejscu musiałoby zakończyć wycieczkę. 

Po męczącej wędrówce postanowiliśmy tradycyjnie wykorzystać fakt przebywania w krainie smażenego syra. W pobliskim Broumovie uraczyliśmy się ulubionym obiadem, zdążyliśmy jeszcze wstąpić do klasztoru benedyktynów, by obejrzeć kopię Całunu Turyńskiego i po całym dniu w Czechach wróciliśmy na naszą stronę granicy. 

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Siedem dolnośląskich cudów

Co tu kryć jesteśmy zachwyceni Dolnym Śląskiem!

Takie nagromadzenie zabytków, tak blisko siebie położonych, w dodatku pobliskie góry, różnorodność niezwykła, można i na rower, i na paralotnię, no i na trekking. Spędziliśmy tam tydzień, a i tak zwiedziliśmy tylko część najsłynniejszych pomników historii. Moglibyśmy spędzić i drugi, a poziom atrakcji tylko nieznacznie by się obniżył. A do tego czuliśmy egzotykę. W niektórych małych miejscowościach czas się jakby zatrzymał w 1945 roku, brakowało zupełnie nowszej zabudowy, obskurnych reklam, część niezasiedlonych domów powoli zamieniała się w gruzy, a od czasu do czasu jechało się brukowymi ulicami. No i w co drugiej wsi ogromne zdewastowane pałace ...

Spośród wszystkich dolnośląskich zabytków, które odwiedziliśmy, wybrałem kilka i sporządziłem listę moich prywatnych siedmiu cudów (kolejność nie ma znaczenia).

1. Gdyby Chełmsko Śląskie było bliżej Warszawy, bez wątpienia Kazimierz nad Wisłą zostałby porzucony przez weekendowych turystów. To przygraniczne miasteczko ma bowiem wielki turystyczny potencjał, pozostaje tylko trzymać kciuki, żeby dotrwało do lepszych czasów w niezmienionej formie, gdy ktoś postanowi wydać trochę milionów na gruntowny remont. Czasu jest coraz mniej, bo część jednej z pierzei kamieniczek na rynku nadaje się już tylko do wyburzenia. A obdrapane tynki kamienic mogą kompletnie odpaść. Poza urokliwym ryneczkiem, z którego jest kilka kroków do kościoła górującego nad miejscowością, największą atrakcją jest jedenaście drewnianych domów tkaczy (to one mi przywiodły na myśl kazimierską zabudowę). Są nadal zamieszkałe i wyglądają jakby je przeniesiono wprost ze skansenu, a stoją przy ruchliwej trasie. Poza tym widoki, wokół nie za wysokie góry, długa dolina, szosy obsadzone drzewami. Nic tylko przywieźć tu rower ...



2. Nie tak długi jak praski most św. Karola, ale również z rzeźbami świętych; równie malowniczo otoczony zabytkami i podobnie pocztówkowy most św. Nepomucena w Kłodzku też trafia na mą listę. Ale z tym zastrzeżeniem, że gdyby nie stał pośrodku urokliwego miasta (pełnego secesyjnych kamieniczek, mniejszych mostków i kładek nad rzeczką), nad którym unosi się - niczym wielki statek kosmiczny - wielka bastionowa twierdza, a prowadził wyłącznie z punktu A do punktu B, napewno nie zwróciłbym na niego uwagi ...


3. Nie taki cel przyświecał tym, którzy zezwolili na budowę protestanckich zborów w śląskich miastach. W najgorszych koszmarach nawet im się nie śniło, że kościoły pokoju w Jaworze i Świdnicy - zbudowane w zawrotnym tempie, niewiele różniące się od wielkich stodół, a w dodatku położone poza ochroną murów miejskich - przetrwają wieki. I że w odróżnieniu od kapiących złotem śląskich opactw cysterskich trafią na listę najcenniejszych zabytków całej ludzkości. Ale to, co zdumiewa najbardziej - jest w środku. Bo z prostotą zewnętrza kontrastuje wnętrze.
Niestety zdjęć nie mamy, bo stwierdziliśmy (niesłusznie), że szkoda robić płatne zdjęcia w Jaworze, skoro zbór świdnicki podobno jest bogatszy w zdobienia, ale niestety się przejechaliśmy, bo tam zakazano w ogóle robienia fotografii. Uwierzcie więc nam na słowo, że poniższa stodoła kryje wielopiętrowe galerie (ostatnie "piętro" prawie pod sufitem), z których każda pomalowana jest w sceny biblijne. I jak tu wierzyć podręcznikom, w których pisano, że dla protestantów obrazy religijne to bałwochwalstwo.



4.Zamek w Książu wygrywa z liczną w tym regionie konkurencją dzięki oryginalnemu położeniu na wyniosłej skale, pośród głębokich parowów oraz przez to że wygląda jak patchwork. Właściciele z każdej epoki odcisnęli na nim swoje piętno, nie niszcząc jednak tego, czego dokonali ich przodkowie. Zamek z frontu nie wygląda zbyt ciekawie można pomyśleć, że to olejny biało-różowy barokowy pałac z mansardowym dachem, ale wystarczy oddalić się kilkaset metrów w bok na specjalny taras widokowy, by podziwiać budowlę w całej jej krasie, z wieżami, pruskim murem, średniowiecznym stołpem. Nas z dziedzińca przepędziły zbyt wysokie (jak na nasze standardy) ceny biletów, więc od razu skierowaliśmy się na platformę, a potem - sprawiając tym wielką radość Frankowi - do pobliskiej stadniny, gdzie nasz pierworodny mógł zarżeć z radości jak źrebię.



5. Listę, na której nie byłoby opactwa cysterskiego w Lubiążu trzeba by od razu wyrzucić do kosza. To cud jakich mało. Dwa razy większy od Wawelu (fasada ma długość ponad dwustu metrów!), od tylu lat nieużytkowany potrafi zaskoczyć kilkoma odnowionymi salami, dającymi przedsmak, jak to miejsce wyglądało niegdyś, gdy było domem braci w białych habitach. Z przebogatą i przeogromną Salą Książęcą w wielkim Pałacu Opackim kontrastuje pusta nawa kościoła, ogołocona po wojnie z całego wyposażenia - część wielkoformatowych obrazów najsłynniejszego śląskiego malarza Michaela Willmana wisi do tej pory w kościołach na warszawskiej Starówce. A po tych wnętrzach pałętają się nieliczni turyści prowadzeniu kilka razy dziennie przez przewodnika z wielkim pękiem kluczy. Pod koniec zwiedzania nasuwa się jedna myśl - to miejsce ma kompletnie niewykorzystany potencjał.




6. Wambierzycka bazylika z daleka, z powodu braku wież, nie przypomina kościoła katolickiego. Jej ogromna fasada zdaje się naśladować Świątynię Jerozolimską, prowadzą do niej wysokie schody jak do Świętego Świętych. Nie dość, że bazylika jest świątynią, to mała wioska - Jeruzalem, bo wśród kamieniczek przycupnęły kapliczki, między domami znajduje się pałac Heroda, a każda droga wjazdowa zwieńczona jest bramą. Mieszkańcom trudno chyba przestać myśleć o Męce Pańskiej, skoro nawet idąc na zakupy mijają stacje drogi krzyżowej, a w nich naturalnej wielkości figury Chrystusa, Piłata i innych.
Nad Wambierzycami/Jerozolimą góruje Golgota z kaplicą Ukrzyżowania. Prowadzą tam schody, a wzdłuż nich kolejne stacje drogi krzyżowej. Oczywiście na tym nie kończy się całe założenie kalwaryjskie, bo okoliczne wzgórza obsiane są również najrozmaitszymi kapliczkami, nad którymi unoszą się w oddali płaskie szczyty Gór Stołowych. Dolnośląska Jerozolima to prawdziwa perła ...


Ale co na siódmym miejscu?

Chętnie wstawiłbym tam bazylikę gotycką ze Strzegomia, ale widzieliśmy ją raptem kilka chwil zza szyb samochodu, i choć to wystarczyło, aby jej ogrom i majestat zapisał się mi głęboko w pamięci, nie daje jednak uprawnień na tak daleko posuniętą nobilitację.
Krzeszów? Tylko jeśli chodzi o stan renowacji i położenie wśród niewysokich gór mógłby rywalizować z Lubiążem, w pozostałych kategoriach byłby daleko z tyłu, choć oczywiście i tak dystansuje klasztory z innych części naszego kraju.
A może kopalnia w Nowej Rudzie?  Można w niej przecież przejechać się kolejką wożącą do niedawna górników. Na Górnym Śląsku są pewnie lepsze!
Myślałem też o sztolniach w Osówce, co prawda niewiele tam jest do obejrzenia, ale być może to miejsce kryje wielką hitlerowską tajemnicę? Z zachowanych rachunków wynika bowiem, że na budowę całego kompleksu podziemnych sztolni zużyto miliony metrów sześciennych betonu, ale po zliczeniu wszystkich odnalezionych podziemi tyle nie wychodzi ... Pozostaje zadać pytanie, co to oznacza. Czy olbrzymie malwersacje hitlerowskich dygnitarzy, czy też nieodkryte podziemia, kryjące ... Niestety właściciele skrzętnie pilnują, by nikt nic nie odnalazł i nie zepsuł im dobrze prosperującego interesu, który przyciąga swą tajemnicą.

Hmmm, muszę się jeszcze zastanowić, więc o siódmym cudzie napiszę w kolejnym poście.

Oczywiście gdybym dopuścił Frania do głosu i dałbym mu się wypowiedzieć, to mógłbym usłyszeć, żebym nie pominął Jaworzyny Śląskiej, a dokładnie skansenu parowozów w tym miasteczku, a jeszcze dokładniej kamieni spod podkładów kolejowych, którymi rozkosznie się bawił.

wtorek, 15 kwietnia 2008

718 m.n.p.m.

Z wielką nieśmiałością szykowaliśmy się do swojego pierwszego, górskiego trekkingu z jednym dzieckiem w nosidle, a drugim - w brzuchu. Za cel, który zdawał się być na miarę naszych możliwości, wybraliśmy Ślężę. Po długich rozmyślaniach, z której strony podchodzić (i czy nie rozłożyć wycieczki na dwa dni z nocowaniem w schronisku), wreszcie zdecydowałem się na szlak od strony przełęczy Tąpadła, gdzie można zaparkować samochodem. Taka opcja pozwalała na kilkugodzinną "wspinaczkę", więc na wycieczkę ruszyliśmy dopiero po obiedzie. I to dość niespiesznie. Często zatrzymywaliśmy się na pustej drodze, by chłonąć widoki majestatycznego górzyska wyrastającego z horyzontu, obserwowaliśmy stadko sarenek śmigające po łąkach, zarezerwowaliśmy sobie nocleg ...


Było więc już koło piętnastej, gdy ruszyliśmy. Wysokość jaką mieliśmy pokonać - 330 metrów - nie przerażała, tym bardziej, że (niespodziewanie dla nas) na szczyt prowadziła brukowa droga, którą zmierzały samochody zaopatrujące schronisko PTTK. Po krótkim spacerze zdobyliśmy wierzchołek. Co prawda Franio o własnych siłach pokonał tylko schody prowadzące do schroniska, ale ostatecznie nic nie stoi na przeszkodzie, by mu zaliczyć pierwszy szczyt z Korony Gór Polskich.


Na górze zrobiliśmy to, co każdy ślężański zdobywca: obejrzeliśmy prasłowiańskiego niedźwiedzia, kościół; wypatrywaliśmy nieodległych gór Sowich, popijając herbatę. Nikt nam nie przeszkadzał, spotkaliśmy bowiem pojedyncze osoby. I nic nie zapowiadało mrożących krew w żyłach przygód, które zaczęły się w drodze powrotnej. Bo ośmieleni łatwością wejścia, postanowiliśmy utrudnić sobie zejście i wracać do auta okrężną drogą przez skałki, po kamieniach. Szliśmy w miarę szybko, bo zachód słońca się zbliżał, gdy nagle dostrzegliśmy, że nasz Francik zgubił buta i palce ma zlodowaciałe. Cóż było robić? Pędem do góry i rozglądać się za obuwiem, wszak to dopiero początek wyjazdu. Po piętnastu minutach - pod samym szczytem - dostrzeżono zgubę. Potem już tylko zbieganie i walka z czasem. Kto dotrze pierwszy na dół, my czy słońce? Pełni nerwów, czy trafimy we właściwe miejsce, bo musieliśmy w pewnym momencie zboczyć ze szlaku, a mapy nie mieliśmy (czołówki oczywiście też nie); z duszą na ramieniu; przerażeni perspektywą noclegu w lesie - dzikim jak z baśni braci Grimm; potykaliśmy się o własne nogi ...
Na szczęście sturlaliśmy się sprawnie, orientowaliśmy się dobrze i gdy zapadły ciemności wsiadaliśmy już do samochodu.



Tyle wrażeń, a to zaledwie jedno popołudnie z naszego ośmiodniowego pobytu na Dolnym Śląsku.