niedziela, 25 maja 2008

Żebra żubra

Wyjazd do Puszczy Białowieskiej był dla nas wyjątkowy. Po raz pierwszy w naszej podróżniczej karierze musieliśmy wrócić wcześniej i w dodatku z tak błahego powodu, jak brak pieniędzy na koncie. Dlaczego tak się stało?



Może zadecydował drogi nocleg?
Nie, nic z tych rzeczy. Jak zwykle skąpiliśmy na noclegu i znaleźliśmy coś mega taniego, ale na obrzeżach Puszczy Białowieskiej; z niebezpiecznymi schodami, które trzeba było "murować", by nam Franio nie spadł; a nasze lokum stanowiło wcześniej pokój jakiegoś gimnazjalisty, co zdradzał jego wystrój. A i tak się cieszyliśmy, że coś mamy, bo jak zwykle zabraliśmy się za rezerwację na dwa dni przed wyjazdem, przerzucając się ciągle "Ty dzwonisz ...  ja załatwiłam poprzedni nocleg ... wcale nie, tym razem to Twoja kolej"



To napewno jedzenie w restauracjach!
Też pudło. Jadaliśmy wieczorami w naszej kwaterce makaron z sosem, który sami sobie przygotowaliśmy, a całe dnie byliśmy na kanapkach, słodkich bułkach i bananach. Zresztą zawsze staramy się na wyjazdach ograniczać, by przy okazji zwiększonego wysiłku fizycznego, zrzucić choć jeden zbędny kilogram.



Za dużo jazdy autem?
Fakt, od kiedy mamy samochód uwielbiamy objazdówki. Dwieście kilometrów jednego dnia z trzema, czterema dobrze dobranymi postojami w atrakcyjnych miejscach (gdzie Franek może się dobrze wybiegać), to obecnie nasza ulubiona forma podróży po Polsce. I tym razem udało się taką zrealizować. Ruszając z okolic Zalewu Siemianówka, dotarliśmy do meczetu w Kruszynianach, cerkwi w Supraślu (na zwiedzenie galerii ikon trzeba było czekać kilka godzin, więc ją sobie darowaliśmy), rodzinnej wioski mojego dziadka (wbrew pozorom nie są to Cibory - a Milewo, a Ciborowscy stanowią tam mniej niż jedną czwartą populacji ...),  Tykocina, z jego bajeczną synagogą, drewnianą zabudową, żelaznym mostem i pomnikiem Czarnieckiego. Tym razem wyszło prawie trzysta kilometrów. Ale czy przełożyło się to na wysokie koszty? Nie, bo nasz samochód jest na gaz.



Kosztowne wstępy do muzeów itd?
Ależ skąd, ponad połowę trzydniowego wyjazdu przeznaczyliśmy na spacery po Puszczy Białowieskiej, a to nam nie pożarło oszczędności. Na pierwszy ogień poszła ścieżka dydaktyczna "Wokół uroczyska Głuszec", gdzie zamiast głuszczów zobaczyliśmy środleśną stację dawnej kolejki wąskotorowej, którą przewożono drewno z serca Puszczy. I podziwialiśmy wieś Masiewo okrążoną z każdej strony groźnym lasem. Nie było nam po tych pięciu kilometrach dość, więc przenieśliśmy się w inne miejsce parku i tam przeszliśmy krótszy odcinek do wieży widokowej, skąd rozpościerał się widok na rzekę Narewkę i otaczające ją łąki.
Kolejnego dnia daliśmy niewielki datek w meczecie, zapłaciliśmy za bilety do tykocińskiej synagogi i tyle.
Drugi "puszczański" dzień przeznaczyliśmy na Hajnówkę, podziwianie dębów Królów Polskich, muzeum Białowieskiego Parku Narodowego i zagrodę pokazową żubrów. I te właśnie atrakcje (plus horrendalny koszt parkingu) mogły stanowić większość naszych wydatków.
Niestety fakt, że z wieży w muzeum nie było widać niekończącego się lasu w każdą stronę nie był jedyną porażką tego dnia. Na ścieżce "Żebra żubra" musieliśmy wycofać się z powodu błota, którego nasz wózek nie dał rady sforsować. Ale to nie generowało wysokich kosztów ...




No cóż, chyba powód naszego wcześniejszego powrotu był bardziej banalny. Zbyt niska pensja :(.


Brak komentarzy: