piątek, 28 sierpnia 2009

Ostatnia migawka

Wakacje nieuchronnie się kończą. I pierwszy raz w życiu naszej rodziny 1 września będzie przełomem - jako dzień, kiedy Franko przekroczy progi przedszkola. Warto więc pożegnać wakacje, opisując pokrótce miejsca, które zobaczyliśmy jeszcze, oddaliwszy się od kaszubskiego domku nad jeziorem.

A więc "zaliczyliśmy" kolejny w tym roku park narodowy - PN Bory Tucholskie. I chyba na tym jednym spacerze nie poprzestaniemy, gdyż mimo (a może właśnie dzięki) zagubienia, deszczu, jęków Frania, że chce do domu, udało nam się znaleźć kawałek lasu - BORU jak z braci Grimm. Mech, krwawe pnie sosen i ciemnozielone korony, a między nimi ukryte leśne jeziorka. W dodatku towarzystwo Anity i Marcina dodało tej wycieczce posmak nowości (dawnośmy nie wyjeżdżali z nikim spoza naszej czwórki).

Powrotna droga również przebiegła pod znakiem zagubienia, pomyliliśmy drogę koło Torunia i zamiast prawym brzegiem Wisły, pojechaliśmy lewym wzdłuż Zalewu Włocławskiego i całkiem przyjemnie prezentowały się wzgórza po drugiej stronie. Ale zanim się pogubiliśmy Franek stwierdził, że kolejny zamek go nie interesuje (może jeszcze nie do końca odróżnia średniowieczne kościoły i od zamków ???) i że chce jechać prosto do domu. A jeszcze wcześniej przed zjedzeniem pizzy podziwialiśmy chyba trochę niedocenione miasto Chełmno - bardziej kameralne niż pobliski Toruń, bez tych tłumów, gołębi, kwiaciarek. Za to z super widokiem z wieży kolegiaty, murami miejskimi wokół i bieluchnym renesansowym ratuszem pośrodku rynku.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Dreptu dreptu

Na Kaszubach Róża zaczęła chodzić. Właściwie to żadna sensacja, kiedyś w końcu to musiało nastąpić, ale każdy rodzic zrozumie czemu tak się podniecam :) Chodzi jak Frankenstein (nadal, choć minęły 3 tyg), o tak:

video

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Rycerz i Róża nad Liwcem

Kiedy Francelot stał się fascynatem rycerstwa, tego żadne z nas nie pamięta. Nie było to zbyt dawno, bo na Kaszubach Froland kazał sobie dzień w dzień (wieczór w wieczór) opowiadać bajki o smokach i rycerzach. O wizycie w zamku w Golubiu Justa wspomniała wcześniej - może on właśnie stanowił katalizator? W każdym razie ja (jako dobry ojciec) wynalazłem informacje o najbliższym Warszawy turnieju rycerskim i tym sposobem pojechaliśmy w zeszłą sobotę do zamku w Liwie. Frawisza w przeciwieństwie do innych dzieci był dobrze do turnieju przygotowany - miał własny miecz, więc aby przeistoczył się tamże w prawdziwego Lancelota wystarczyło kupić mu hełm. W pełnym rynsztunku Fristan czuł się tak pewnie, że starał się zaczepić i sprowokować do walki jakiegoś innego rycerzyka (oczywiście z jego kategorii wiekowej), aby upokorzywszy go, okazać mu na koniec miłosierdzie. Niestety żaden mięczak nie podjął rękawicy ...


Różolda piszczała natomiast na widok konnicy (lub raczej samych koni). Ogólnie zabawa dość przaśna, mało rycerzy, a walki wyglądały bardziej na zapasy misiów niż popisy fechmistrzów. Ale radość dzieci bezcenna.

sobota, 22 sierpnia 2009

A nad morzem...

też byliśmy :)
Wyrwaliśmy się z Kaszub tylko na chwilkę - 2 dni zaledwie, ale było warto! Najfajniejsze dwa dni wyjazdu. Wybraliśmy najładniejsze dni we wspólnie spędzanym tygodniu, więc oprócz zwiedzania mogliśmy poplażować. Dzieciaki zachwycone! Dzięki temu, że odpoczywaliśmy w miejscach raczej mniej uczęszczanych, mogliśmy zauważyć jak piękna jest polska plaża.
W Łebie trudno dostrzec morze i piasek spod i spomiędzy zbitej masy prażących się w słońcu ciał, ręczników, parasoli, parawanów... Zastanawiam się jak można znajdować przyjemność w takim kiszeniu na kupie i tych codziennych rytuałach - wycieczkach na plażę w silnej grupie, z obfitym rynsztunkiem w postaci wyżej wymienionych gadżetów plażowych. Potem aż do obiadu rozpłaszczenie na plaży, zjazd na żarło, a potem powtórka. Ja wytrzymuję na plażowaniu 2 pełne dni, potem mam dość. Nudzi mi się. Picie wystarczą 2 godziny. A w tej zbitej łebskiej masie nie wytrzymałabym ani minuty. Ale wiadomo, różne są gusta. Niektórych nudziłoby pewnie to, co robiliśmy my - czyli zwiedzanie.Na chwilkę wracając jeszcze do polskiej plaży - jest piękna. Gdy globalne ocieplenie rozkręci się na całego myślę, że będziemy Mekką europejskich plażowiczów, bo piasek u nas niemal tak miałki jak na meksykańskich plażach morza Karaibskiego. Kolor wód może nie tak turkusowy, ale temperatura już teraz znośna. Na pewno za rok wrócimy na chwilę, choćby po to, by sprawić radość dzieciakom. Szalały w wodzie, fal się nie bały, piasek zjadały (a raczej zjadała, bo Fran już nie je).
Gdy plaża została zaliczona ruszyliśmy na ruchome wydmy. Słowiński Park Narodowy to jeden z ciekawszych i ładniejszych jakie widzieliśmy. Krajobraz ruchomej wydmy - niespotykany. Czuliśmy się jak na pustyni. Ruchome wydmy poruszają się kilka metrów rocznie. Zwiedzana przez nas Góra Łącka (nazwa od wsi, która pod nią zniknęła) właśnie sukcesywnie zasypuje rosnący na jej skraju las. Uschnięte czubki drzew wystają spod piasku, a masywna wydma brnie dalej wkraczając między kolejne drzewa.
  Ze szczytu wydmy wspaniały widok - z jednej strony jezioro Łebsko, z drugiej morze, a między nimi wielka góra piachu, na której stoimy.
Logistycznie trochę bez sensu rozegraliśmy dojazd tam. Najlepiej jest wynająć rowery i dojechać kilka kilometrów. My zabraliśmy się z wózkiem meleksem. Potem ów wózek ciągaliśmy za sobą po wydmie - masakra.

Kolejnego dnia po plażowaniu wspięliśmy się na latarnię w Czołpinie. Znów piękne widoki, ale właściwie nic więcej. Burza wygoniła nas z Kluk, gdzie mieliśmy zamiar zwiedzić kolejny skansen. Bardzo nie żałujemy, bo po tym w Sierpcu klukowski prezentował się dość ubogo.
Na wycieczce nasze dzieciaki zaliczyły swoją pierwszą noc w namiocie. Fran wstał naburmuszony i stwierdził, że w namiocie "jest niefajnie". Dlaczego? - "Mało miejsca". Prawda.Trochę poszalałam dziś ze zdjęciami. Ale chyba nikt się nie obrazi.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Jak idealnie dojechać na wakacje?

Nam się udało. Ale tylko raz. Tu znów hołd dla mego męża - tak to idealniutko wymyślił, że nie było wyprowadzającego mnie z równowagi smęcenia dzieciaków podczas jazdy. Recepta - dobrze rozplanowane przystanki na ciekawe zwiedzanie.
Pierwszym na naszej trasie na Kaszuby był Sierpc. Jako etnolodzy wstydziliśmy się, a raczej ja się wstydziłam (Pita od kiedy skończył studia obnosi się na każdym kroku ze swą hm... niechęcią do wszystkiego co etnologiczne), że mijając wielokrotnie nie wstąpiliśmy. A warto.

Skansen okazał się być urządzony jak prawie funkcjonująca wioska. W każdej zagrodzie "gospodyni" która dogląda żywego dobytku - królików, kóz, kur, krów, a dodatkowo pełni funkcję mini przewodnika. Krajobraz sielski anielski.Stwierdziliśmy, ze wioski dawniej były o wiele ładniejsze niż teraz. Chyba dlatego, że były bliżej natury - drewniane chaty łatwiej wtapiają się w krajobraz, bardziej malowniczo zarastają malwami, a piaszczyste drogi też pozostają w większej harmonii z otoczeniem niż asfaltowe. I nie chodzi mi tu o to jak bardzo są "eko" - wzięte z natury, a raczej o kolorystykę. Dzieciaki były zachwycone zwierzakami, nam się miło spacerowało i dwie godziny minęły niezauważalnie. Potem obiadek i dzieciaki w samochodzie spały spokojnie 2 godziny.


Następny przystanek był przygotowany specjalnie z myślą o Franku, który ostatnio ma fazę na zamki, rycerzy, smoki, miecze itp. Zamek w Golubiu-Dobrzyniu miał spełnic jego oczekiwania. Niestety zamkiem zarządza PTTK, co do czasu umknęło naszej uwadze. A to wieeeele zmienia. Na początek zwiedzania podstarzały ale nadal rubaszny przewodnik serwuje 20-to min film o zamku (w trakcie Fran z 10 razy na całą salę "Nie chcę film, jest nudny"), potem obowiązkowo po kolei wszystkie wystawy - pseudoetnologiczna, drobna archeologia ziemi dobrzyńskiej i dopiero kilka gablot z hełmami i mieczami. Czy zamek polecamy? Ja nie, ale Pita zapewne tak. Jednak dzięki temu przystankowi mieliśmy kolejne cudowne 2 godziny jazdy w błogim spokoju.
Na koniec zdesperowanym i zastraszonym podróżniczą gehenną z dzieciakami polecam lekturę:
Rady porady
Może pomoże choć troszkę.

Niespodzianka

Naszym wyprawom i wycieczkom zazwyczaj brakuje improwizacji.
Bo szkoda czasu na zobaczenie czegoś, co rozczaruje; bo i tak za dużo czasu zajmuje wkładanie do chust, fotelików, wysadzanie, karmienie; bo resztkę godzin pozostałych na zwiedzanie trzeba wykorzystać w 100 %; bo nie możemy jeszcze tego rozmieniać na drobne.
Stąd też za każdym razem, kiedy gdzieś jedziemy, ja dobrze wiem, co zobaczę, po obejrzeniu kilkudziesięciu zdjęć, przeczytaniu iluś tam stron, jestem w stanie przekonać siebie (a przede wszystkim Justę), że jechać tam warto, że nie będziemy rozczarowani, że zobaczymy tam jedno wielkie łał. I rzeczywiście bardzo rzadko bywamy zawiedzeni, ale również prawie nigdy - zaskoczeni. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć miłe niespodzianki z podróży, o których nie wiedziałem przygotowując się do drogi.
A wczoraj coś takiego przeżyłem. Oczywiście na skalę mocno lokalną.
Zaplanowaliśmy sobie spacerek ścieżką dydaktyczną po Chojnowskim Parku Krajobrazowym. Chcieliśmy (chciałem?) dowiedzieć się więcej o lesie, pospacerować wzdłuż stawów rybnych, poczytać o roślinkach, przejść ładnym kawałkiem lasu. Wybraliśmy miejsce na zaparkowanie samochodu i jedziemy. Mijamy Piaseczno i w las. Trochę już nas dziwi ruch na tej szosie, ale OK, wszyscy jadą do Zalesia Górnego do rodziny na obiad. W pewnym momencie jednak zaskoczenie wzrasta. Nasz "leśny" parking, okazuje się być płatnym i w dodatku bez miejsc wolnych. Wokół na drodze stoją setki samochodów, z których wylewa się strumień roznegliżowanych ludzi. Taki tłum może tylko przyciągnąć woda, ale co ... ludzie kąpią się w stawach rybnych?
Po godzinie przyjemnego (niemalże samotnego) spaceru przez las prawda wyszła na jaw. To odkryty basen położony obok stawów przyciągnął ludzi, którym skończyły się urlopy nad morzem i znaleźli tu namiastkę Giżycka czy Łeby. Kiełbaski, karkówka, piwo, lody, opalone klaty, kajaki, rowery wodne to klimat, którego się nie spodziewaliśmy pośrodku lasu i w dodatku tak niedaleko naszego domu. I to była ta tytułowa niespodzianka - szkoda tylko, że tak późno odkryliśmy to miejsce. Teraz boimy się, że nie starczy nam gorących weekendów na taplanie się w wodzie ...