wtorek, 24 listopada 2009

Dzień ostatni

Ten dzień był niezwykle forsowny - na szczęście poza krzykami i stresem - nie odbił się on na naszym zdrowiu. Zaczął się on w autobusie AC, gdzie największy problem stanowiła właśnie klimatyzacja. gdyż nasze leżące ciała raz się pociły, a raz dygotały z zimna. Mimo że nie przyjechaliśmy do Bombaju rano - a raczej bliżej południa - postanowiliśmy zrealizować plan zwiedzenia namiastki tego, czego nam się najbardziej nie udało podczas tej podróży zobaczyć czyli jaskiń sprzed dwóch tysięcy lat wykutych przez mnichów buddyjskich. W planach mieliśmy zwiedzenie tych najwspanialszych - umieszczonych na liście UNESCO - Ellory i Ajanty, ale z wiadomych względów musieliśmy wybrać coś bliższego. Padło na odległe o 100 km od Bombaju jaskinie w Karli i Bhaja. 



I tu właśnie zaczynają się schody. Bo w Indiach przebycie takiego dystansu trwa ... A tu samolot w nocy! Nerwy czy będzie czym wrócić z małej mieściny przyczepionej do highwayu, czy nie odleci nam samolot, czy też w końcu dotrzemy do tych jaskiń za dnia ...

Wiele stresów, których poziomu wcale Hindusi nie starali się zmniejszyć. I cały dzień w różnych środkach lokomocji ... Dzień nie należał więc do łatwych, tym bardziej że na samym początku zepsuła nam się wysłużona spacerówka (ułatwiała nam już wyjazd do Meksyku). Najbardziej zrozpaczony oczywiście był Franio, bo podczas wyjazdu całkowicie uzależnił się od wózka i tylko by jeździł na nim. A tu taka strata! My jakoś pozwalaliśmy mu na takie przejażdżki, bo wtedy czuliśmy, że nigdzie nam nie ucieknie i nie stosowaliśmy misiów-wzywaków i opasek. 


Ale i tak w jaskiniach wózek by się nam nie przydał, bo zostały wykute dość wysoko w górach i trzeba się było do nich wspiąc po schodkowej drodze. W każdym razie trudy się opłaciły. Jaskinia w Karli (tak naprawdę ogromna wykuta w bazalcie świątynia buddyjska z pięknie wyrzeźbionymi kolumnami oraz stupą) okazała się warta zobaczenia nawet gdyby stanowiła jedyne miejsce do zwiedzenia. Tam też nasze dzieci siedziały sobie na liczących dwa tysięce lat słoniowych trąbach, a na takie sceny patrzyły liczne wizerunki Buddy i bodhisathwów.


Drugi kompleks jaskiń nie porażał swoim ogromem, ale w promieniach zachodzącego słońca przypominał nam wykute klasztory w Kapadocji. Potem pozostało już nam tylko zjeść obiad i nie spóźnić się na samolot, co się nam niezwykle udało.

Na lotnisku spotkaliśmy natomiast tłumy muzułmanów zapewne udających się do Mekki z pielgrzymką. W lotniskowej toalecie oddawali się ostatnim oblucjom, zakładali na siebie na gołe ciało wielkie ręczniki i modlili się ukazując części ciała, których nie będę tu opisywał. Tak więc końcówka była równie egzotyczna. Potem już tylko Paryż, pusta Warszawa ... Ale to nie jest ostatni wpis, jeszcze chcemy się podzielić podsumowaniem i mapką. Więc CDN ...

6 komentarzy:

Konrad pisze...

no dobra, czekam na mapę
Jaskinie / świątynie w skale fantastyczne

Huka pisze...

Tak czułam, że to się nigdy nie skończy :)).

Justa pisze...

mapkę już Pita spreparował, wyszło, ze mieliśmy prostą trasę (ale jaką długą...) Wrzucimy jutro.
A u ciebie Huko droga Valjevo też powraca jak bumerang, więc się nie wyzłośliwiaj :P

Huka pisze...

No ja właśnie z własnego doświadczenia. Tylko i wyłącznie. Skoro ja po tygodniu w Valjevie mogłabym pisać o nim przez długie miesiące, to Wy po prawie miesiącu przez długie lata :)). I wcale nie jestem złośliwa i wcale mi to nie przeszkadza, nawet jestem ciekawa tej mapki.

Anna pisze...

Hej!

liczymy na to, że to nie koniec bo więcej zdjęć koniecznie chcielibyśmy zobaczyć :)

zresztą najlepiej gdybyście nam je pokazali osobiście. ale spotkajmy się kiedy już Wam opalenizna trochę zejdzie, bo inaczej umrę z zazdrości ;)

pozdrawiam - ja, Maciek i chłopaki

Anonimowy pisze...

Dzieki za ciekawy blog