wtorek, 8 października 2013

Do bunkrów przez błota i piachy

Wśród lasów i wydm Mazowieckiego Parku Krajobrazowego stawiałem u boku rodziców pierwsze kroki jako młodociany turysta, potem przez długie lata za cele najbliższych naszych wycieczek stawialiśmy zupełnie inne rejony. Teraz nadchodzi chyba czas na powrót do matecznika.



Lasy otwockie to nie tylko wyżej wspomniane sosny i piaszczyste wzgórza, ale również śródleśne jeziorka, z których jedno stanowiące "Rezerwat na Torfach" stało się pierwszą atrakcją tej jesiennej wycieczki. Samochód zostawiliśmy na parkingu przy dyrekcji Parku i po kilkunastominutowym spacerze, podczas którego dzieciaki zaopatrzyły się w zapas patyków, znaleźliśmy się na długim, drewnianym pomoście. Umożliwił nam on dotarcie do samego jeziora, poprzez mokradra, szuwary i powalone drzewa. Tam na platformie widokowej - łabędzie, kaczki, niebieska toń wody, jesienne słońce - czego można chcieć więcej od październikowego spaceru ... Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy poprzestali na tym sielskim obrazku, nie dodając do niego potu, nerwów i znoju.



Pokrzepieni kanapkami i gorącą herbatą z termosu ruszyliśmy w bardziej ambitną trasę. Do bunkrów na Dąbrowieckiej Górze miała nas doprowadzić tzw. Czerwona Droga; utwardzony przez Niemców - podobno gruzem ze zburzonej Warszawy - dojazd przez sosnowy las do fortyfikacji na wydmach. Gruz jednak tylko od czasu do czasu wystawał spośród złocistego piachu; przydał się więc zestaw trekking do przyczepki rowerowej, bo nie wyobrażam sobie pchania wózka po takiej nawierzchni przez pięć kilometrów. A ciągnięcie to całkiem inna historia. Oczywiście zanim dotarliśmy do bunkrów, wielokrotnie dopadało nas zwątpienie i tylko mojemu (nadludzkiemu) uporowi nie wycofaliśmy się, będąc sto metrów od celu, ukrytego wśród pobliskiego pasma wydm.





Niemieckie bunkry z 1944 zachowały się w dość dobrym stanie. Wnętrze jednego z nich zostało świetnie odtworzone, łącznie z pryczami, amunicją, plakatami, frywolnymi zdjęciami pań z epoki i z ruchomymi śluzami przeciwgazowymi. Jakby niemieccy żołnierze wyszli właśnie na przepustkę i pozostawili placówkę nieobsadzoną. Drugi jest w fazie odkopywania, zapewne wkrótce i on zapełni się ekpozycją.






Choć wracaliśmy w rytmie grających nam kiszek, powrót przysporzył nam znacznie mniej nerwów. Wiedzieliśmy już doskonale jaki dystans dzieli nas od samochodu, a dzieciaki odliczały kolejne skrzyżowania leśnych dróg.