Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bali. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bali. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lutego 2017

Hati-hati

 
Jeśli okolice Ubud można uznać za nasze przedszkole skuterkowe, to Lovina stała się podstawówką i to taką w gorszej dzielnicy, z wrednymi dzieciakami i złośliwym nauczycielami. Dziś był skuterkowy pot i łzy, krwi na szczęście nie było, ale offroad, zaliczenie rowu, błoto, stromizny, górskie drogi i oczywiście nieodłączny deszcz.
Piękny dzień od rana zachęcał do obrania sobie ambitnych celów, ochoczo więc ruszyliśmy znad morza prosto do góry. 
Po drodze pierwszy sukces - stragan z durianami! Kolczasty owoc od dawna był dla nas brakującym elementem, podobnie jak jazda na skuterkach, trzeba było dopełnić tego podróżniczego rytuału. Bo jakżesz to? Podróżować po Azji i nie zjeść słynnego duriana?  Niesieni euforią zakupiliśmy spory okaz w horrendalnej cenie i... co za ohyda! Nie dość, że śmierdzi tak jak miało, to jeszcze smakuje tak jak śmierdzi!  Tylko Pita był w stanie jeść ten owoc i to chyba tylko z wrodzonego skapstwa i żalu za wydana na niego okrągłą sumką. Na dodatek smętny zapach zapakowanych kawałków duriana przebijał przez dwie foliowe torebki i ciągnął się za plecakiem gdy zwiedzaliśmy  pierwszą atrakcję - klasztorek buddyjski. 

Miejsce samo w sobie mało spektakularne, zachwycił nas jedynie widok z najwyżej położonego tarasu klasztornego - wjechalismy już dość wysoko i pod nami zielone zbocza schodziły stromo w stronę morza.
Przed nami jednak daleka droga, bo choć to tylko ze 30km to jak wiadomo na Bali oznacza pół dnia jazdy. Tym razem miało się okazać, że nawet więcej. Zachciało nam się bowiem zakosztować prowincji i świadomie wybraliśmy drogę bardziej lokalną. Wspinaliśmy się mozolnie wśród bananowych palm, niezawodnie bujnej roślinności,  gdaczacych kur i coraz bardziej spektakularnych widoków otwierajacych się przed nami. A pod kołami skuterków też coraz ciekawiej. Asfalt zamienił się w dwie wąskie, wyboiste betonowe ścieżki, coraz więcej podskoków, coraz trudniej manewrować, kolejna dziura,  jeden fałszywy ruch i bam! Pita wylądował w rowie, a raczej na szczęście, w rowku, skąd w miarę sprawnie udało się wydobyć maszynę. 

 
Kluczymy i błądzimy dalej, po drodze uzupełniając baki w przydrożnym sklepiku, gdzie pani przez lejek prosto z butelki po Smirnoffie dolewała nam benzyny. Nagle koleś na motorku zajechał Picie drogę. Napad? Szaleniec? Skląć? Zwiewać? Nie, to pomocny poczciwiec, który pierwszy zauważył metrowego, wścieklezielonego węża i zasugerował przepuszczenie gada. 

W takich okolicznościach dotarliśmy wreszcie w okolice wspaniałego wodospadu Munduk, pod który doprowadziła nas ostatecznie kreta, miejscami rozwalona przez wartką wodę ścieżka. W oparach wzbijanej przez żywioł mżawki woda spada z kilkunastu metrów i z hukiem rozbija się o skałę. Brodziliśmy tam chwilę, aż drobne kropelki całkowicie nas przemoczyły, a Pita zdołał pozbyć się resztek duriana,  choć wspomnienie o nim będzie się zapewne snuło za naszym plecakiem jeszcze jakiś czas. 

Niespodziewanie zrobiło się popołudnie, a to w Indonezji pora najwyższa na deszcz.  Nasze doświadczenie meteorologiczne powoli okazuje się niezawodne - szybko musieliśmy wyjąć kurtki i wskoczyć na wyższy poziom kunsztu skuterkowego. A droga szykował dla nas kolejne atrakcje. Przygodę zwiastowały gęsto rozstawione napisy "hati-hati" (uwaga, ostrożnie!). Wkrótce oprócz czujnego wchodzenia w ostre zakręty na zjazdach musieliśmy jeszcze uważać na fragmenty zasypanej ziemią i zwalonej w przepaść drogi. Mięśnie jak postronki,  najwyższy poziom skupienia, ręce zdrętwiałe od ciągłego wciskania hamulców i ten ciągły deszcz...
 
Zrelaksować się mogliśmy dopiero pod hinduistyczną świątynią Pura Ulun Danu Bratan, która widnieje na wielu folderach reklamujących Bali. Lepiej jednak wychodzi na zdjęciach niż wygląda na żywo. Nie zachwyciła nas pagoda unosząca się na wodzie, zrobione przez nas zdjęcia pokazują ją jednak jako miejsce zjawiskowe. 

Stamtąd już tylko 1,5h jazdy we wspomnianych warunkach (oraz kolejne spotkanie z małpami na przełęczy) i już mogliśmy relaksować się w naszym hotelowym basenie, kontemplując doznania i celebrując dumę z nowo nabytych umiejętności.

niedziela, 12 lutego 2017

Wodne igraszki

Lovina - kurort w północnym Bali - słynie z delfinów. Po pierwszym dniu pobytu mogliśmy uzupełnić ten obraz. Słynie również z czarnych plaż (zarzuconych po sztormie kokosami, palmami i śmieciami z Borneo), wysokiej średniej wieku zachodnich turystów oraz przyjemnej i nie zatłoczonej turystycznej mini-dzielnicy. To wszystko odkryło się przed nami podczas krótkiego spaceru, większość dnia bowiem chowaliśmy się w basenie lub w pokoju przed deszczem. Dopiero dziś miało być ambitniej. 

O 5.45 budzi nas pukanie do drzwi. "Dolphin, dolphin" krzyczał Balijczyk. Łyk kawy z kartonika i można ruszać, chociaż ciemności rozprasza tylko światło księżyca. Śpieszymy się świadomi, że delfiny nie będą na nas czekać. Kamizelki włożone. Nasza łódź "Dreamliner" odbija od brzegu w towarzystwie kilkunastu innych. Morze jest spokojne, boczne stateczniki delikatnie muskają małe fale. Prujemy naprzód, sternik rozgląda się po tafli morza, dzieciaki usypiają na siedząco. Niezbyt to bezpieczne - nasza "łódka nartowa" ma niecały metr szerokości i może pomieścić osiem osób. Z porannego odrętwienia wyrywa nas Ninka,  którą dopada choroba morska. No dobra, gdzie te delfiny? Płyniemy już godzinę i nic. Czy pójdą w ślady indyjskich tygrysów?  Czy dzieci zrozumieją, że to nie zwierzęta z delfinarium. Usilnie wpatruję się w dal. Może ujrzę je przed sternikiem? Nic z tego. Płyniemy już półtorej godziny, a za burtą tylko bornejskie kokosy. Sternik wstaje, świdruje wzrokiem okolicę. Wreszcie cała wstecz. Widać za nami spore zgromadzenie pająkowatych łodzi. Pędzimy do nich na złamanie karku. Czy delfiny jeszcze tam będą? Wreszcie okrzyk "Tam". Wszystkie łajby ruszają w pogoń za czarnymi płetwami. Za jedną wyskakuje druga i trzecia, całe stada. Nina piszczy z uciechy, starsze dzieciaki też, także nam udziela się nastrój podniecenia. Sternicy prowadzą swe łodzie zygzakiem. Kilka razy delfiny wyskakują tuż przy naszym stateczniku. Aż jest ich coraz mniej, łodzie odpływa do brzegu, my nadal szukamy, ale coraz bardziej bezskutecznie. Zaczyna padać. Do portu!

Jako że dopiero 10.00 cały dzień przed nami. Jedziemy do świętych gorących źródeł. Miejsce mocno lokalne. Siarczana, zielonkawa woda sika z głów ogromnych potworów. A wokół dżungla. 
 
 
Mamy ochotę na kolejną kąpiel - tym razem zimną. Nic prostszego. W okolicy znajduje się przecież wodospad, tam się wykąpiemy.  Niestety na miejscu okazuje się, że woda spływa zbyt gwałtownie. Nici z tej przyjemności. Ale od czego jest hotelowy basen?

niedziela, 5 lutego 2017

Downhill z wulkanu

Po skuterkach przyszła kolej na bardziej ekologiczny środek transportu - rowery. Jeszcze w Warszawie znaleźliśmy agencję turystyczną Bali Breeze udostępniającą foteliki rowerowe oraz rowery dla dzieci (przyczepki rowerowej niestety nie mieli), a także oferującą wycieczkę, skrojoną specjalnie dla Róży czyli 70% zjazdu. Ceny na stronie odstraszały,  więc liczyliśmy, że pojawienie się w biurze, jak również nasze niezwykłe zdolności negocjacyjne zmniejszą cenę do akceptowalnej. I zmniejszyły, a atrakcji było moc. Wizyta na plantacji kawy luwak, śniadanie z widokiem na aktywny wulkan Batur, przechadzki po polach ryżowych, tradycyjny taniec balijski "do kotleta", wyżerka, a przede wszystkim ponad dwugodzinna jazda rowerami z wozem technicznym, wlokącym się za nami.

Już na wstępie nasz przewodnik wyraził obawę, czy Franek i Róża sprostają trudom trzydziestokilometrowej trasy i czy nie powinny jechać samochodem. Było to śmieszne w kontekście wycieczki, bo bardziej bolały ręce od wciskania hamulców niż nogi od pedałowania. Dodatkowo przed każdym stromym podjazdem proponował przewiezienie samochodem. Skoro ani razu nie skorzystaliśmy, był pełen podziwu, zwłaszcza że sam z ledwością wtaczał swój rower na szczyt wzniesienia.  Dbał też niezwykle o nasze bezpieczeństwo (choć jechaliśmy głównie  bocznymi drogami), tak że dzieci nauczyły się szybko zwrotów "slow down" i "be careful".

  
Pierwszy przystanek jeszcze przed startem rowerowej przejażdżki mieliśmy na plantacji słynnej indonezyjskiej kawy Luwak. Proces powstawania tego przysmaku jest tak skomplikowany, że jego cena osiąga zawrotny pułap 1000 euro/kg. Ziarna odpowiednie do finalnego produktu wybiera nie lada koneser - luwak właśnie (po polsku łaskun), czyli łasicopodobny zwierzak gustujący w najbardziej dojrzałych i najsmaczniejszych owocach kawy. Soki trawienne Luwaka rozpuszczają pierwszą łupinę ziarna pozbawiając je goryczki. Wydalone ziarna są zbierane i oczyszczane, obierane z kolejnej łupiny, prażone i tłuczone na drobne kawałki lub sprzedawane w całości. Nic dziwnego, że na odwiedzane przez nas plantacji maksymalnie produkują 15kg na miesiąc. Wyobraźcie sobie poszukiwania odchodów zawierających ziarna! 

 
Wulkan Batur wznosi się pośrodku rozległej kaldery (na jej krawędzi jedliśmy śniadanie), z której część stanowi jezioro. Podczas ostatniego wybuchu kilkanaście lat temu (na stokach wciąż widać zaschniętą lawę) woda została zanieczyszczona przez siarkę i dopiero po latach naturalnej filtracji stała się zdatna do picia. Do tego czasu mieszkańcy wiosek położonych w kalderze byli pozbawieni dostępu do wody.

Równie duże wrażenie zrobiła na nas przechadzka po polach ryżowych, gdzie po wąskich groblach przechodziliśmy między basenami wypełnionymi brunatnym szlamem. A wokół palmy, wulkany i wioski, które wyglądają jak ciągi świątyń - tyle ołtarzy jest przed każdym domem.

Nasza marszruta kończyła się obiadem w balijskim domu, gdzie młode dziewczyny wykonały dla nas tradycyjny taniec. Tu też obowiązywała zasada znana nam z przedszkolnych przedstawień - najlepsze tancerki na przód, z tyłu te, którym się nie chce. 
Najmniej przyjemności wycieczka dostarczyła Nince (płakała ostatnie 15 minut), ale zrekompensowała jej to wizyta w Monkey Forest. Nasza najmłodsza piszczała z radości na widok każdego z sześciuset makaków, ale podchodzić do nich nie chciała. Ta atrakcja najmniej zainteresowała Just,  lecz to właśnie jej małpka siadła na głowie, czego bardzo jej wszyscy zazdrościliśmy.

piątek, 3 lutego 2017

Ubud - miasto spełnionych marzeń

Tuż po porannym pianiu koguta poczuliśmy zapach kadzidełek. Nic to dziwnego na Bali, szczególnie w Ubud, gdzie każdy dom pokaźną frontalną  część swego ogrodu poświęca na prywatną świątynię. Taka też mają nasi gospodarze, którzy dziś jednak nie tylko złożyli zwyczajowe poranne ofiary, ale od początku dnia paradowali w tutejszych odświętnych strojach - sarongu dla mężczyzn i spódnicy z koronkową bluzką  dla pań. Dziś bowiem hinduistyczne święto św. Krzysztofa, czyli dzień święcenia samochodów, skuterów, a nawet rowerów. Dawniej święcono przedmioty z metalu, dziś jak zauważyliśmy ogranicza się to do pojazdów. Wszystkie zaparkowane na posesji pojazdy zostały więc obstawianie ofiarami i dokładnie okadzone. 

My również postanowiliśmy włączyć się w świętowanie, a jakże można to zrobić lepiej niż realizując swe od lat niespełnione marzenie motoryzacyjno-backpakerskie czyli wycieczkę na skuterach? Nie można lepiej, więc tak zrobiliśmy. Już od wczoraj obserwowaliśmy tęsknym wzrokiem jak całe lokalne rodziny tak podróżują, co nas przekonało, że damy radę. I daliśmy :) Nie obyło się oczywiście bez początkowych wpadek (wszak był to nasz niemal pierwszy kontakt ze skuterami), najedliśmy się nieco strachu (ruch tu jest lewostronny, a zmysły ciężko przełączyć), ale ostatecznie pokonaliśmy solidną 40-to kilometrową trasę w jedną stronę do najpiękniejszych w okolicy tarasowych pól ryżowych w Jatiluwih. 
 
Jechaliśmy w konfiguracjach: Nina w chuście - ja -Franek, Łucja - Pita -Róża. Tak to toczyliśmy się w średnim tempie 30km/h wśród małych wiosek, ryżowych poletek przetykanych palmami (które to widoki jak na złość kojarzą mi się z filmami o wojnie w Wietnamie) i bambusowych zagajników. Po drodze trafiliśmy na barwny tłum Balijczyków zajętych ceremonią przed wioskową świątynią. Kobiety tanecznym krokiem składały zwyczajowe ofiary i butelki napojów.
 
 
Dotarliśmy nad przepiękne tarasy będące celem naszej wycieczki, gdzie miły gospodarz ugościł nas słynną kawą luwak (o której mam jeszcze nadzieje napisać), bananami i  passionfruitami z własnego ogródka oraz sprzedał różowy ryż z własnego malowniczego pola. Szybko musieliśmy jednak uciekać z tego raju, bo na Bali pokonanie 40km wymaga prawie 2h jazdy. Są tego plusy - jazda jest bezpieczna, nikt raczej nie przekracza 50km/h.
 
 
Wróciliśmy z emocjami na najwyższym poziomie, nie co dzień spełnia się marzenia pieszczone od lat, włączając w nie na dodatek 4 dzieci. Wreszcie możemy bez wstydu pokazać się w backpakerskim towarzystwie. 

 
Tym razem dzień był piękny,  słońce spaliło nas na skuterach, prawie nie padało. Wczorajsze natomiast plany pokrzyżowała nam ogromna ulewa, która zatrzymała nas w drodze do Monkey Forest, przemoczyła do suchej nitki i zamknęła na godzinę w domu. Dopiero wieczorem mogliśmy skorzystać z dnia w Ubud wybierając się na pokaz lokalnych tańców. Piękne kostiumy, makijaże i instrumenty, humorystyczne przekomarzania smoka z małpą,  które bardzo rozbawiło dzieciaki ale... to tempo. Dla wyobrażenia - Franek zasnął, ja przysypiałam 3 razy, podczas jednej z tych drzemek smok przesunął się na scenie zaledwie dwa metry. Sztuka piękna, lecz wybitnie nam obca kulturowo.

środa, 1 lutego 2017

Balidering


Czy Bali kojarzy się Wam ze wspinaczką? Nam też nie, ale skoro nie pojechaliśmy do Wietnamu i nie jesteśmy we wspinaczkowym raju zwanym Halong Bay, to musieliśmy znaleźć jakąś namiastkę. Poszukiwania nie trwały długo, a miejscówka to Padang Padang Beach. Topo wymieniało tam czternaście  średnio trudnych problemów,  więc w sam raz dla naszej w rodziny. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę wielu innych czynników, o których w Polsce się nie myśli. 
Po pierwsze pora deszczowa. Nadal nie rozgryźliśmy, czy są jakieś stałe godziny padania. Słyszeliśmy, że przedpołudnia są ładne, a potem leje. Dlatego dziś  zerwaliśmy się wcześnie, by balderować zanim nasza skała się zmoczy. Już rano pomysł okazał się poroniony, skoro krople odbijały się od dachu przez całą noc. Aby dać klifowi czas na obeschnięcie, poszwendaliśmy się po imprezowej Kucie i dotarliśmy do zaśmieconej plaży surferów, skąd wygnała nas ulewa, tym razem monstrualnych rozmiarów. Zanim dotarliśmy na baldy spadło jeszcze trochę deszczu, ale nie będę Was tym znudzić,  bo istotniejszy był kolejny czynnik - "high tide", co (jak zobaczyliśmy z daleka) mogło oznaczać tylko jedno. Przypływ! Przypływ, który zalał słoną wodą część naszych dróg na nadmorskim klifie.
Dwugodzinne przeczekanie wysokiej wody wykorzystaliśmy na wyżerkę w warungu. Franek rzucił się na ostry makaron i krewetki, dziewczynki ledwo skubały ryż smażony.
Trzeci czynnik, który w Polsce do tej pory nie występował, to brak chęci wspinania wśród dziewczyn. Ale w sumie czemu się dziwić. Ostatni raz rozwiązywały problemy wspinaczkowe sześć dni temu, a w morzu nie kąpały się od Batumi.
Nam chęci nie brakowało. Butów wspinaczkowych też nie. Czuliśmy jednak brak magnezji  (została zapomniana w hotelu), a przede wszystkim brak chęci do ryzyka. Bo upadek z kilku metrów i skręcenie kostki na początku wyjazdu nam się nie uśmiechało. Cyfra więc nie padła. Ale jak na pierwsze samodzielne balderowanie było nieźle. Potrafiliśmy odczytać topo, znaleźć chwyty startowe (a w nich piasek, wodę i robale) i nie doznać kontuzji. 

Gdy my wstawialiśmy się w zaledwie dwie drogi, dzieci odnalazły w tym czasie w sobie dusze surferów, podskakując na falach, by dać im się ponieść. A w hotelu okupowały basen. Wygnała ich stamtąd dopiero wieczorna ulewa.