Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolny Śląsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolny Śląsk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 lutego 2016

Dolnośląskie cuda - sprostowanie


Kilka lat temu opublikowałem swój ranking dolnośląskich cudów w oparciu o własne doświadczenia. Teraz tamten tekst (dostępny tu) wymaga sprostowania, gdyż w drodze powrotnej z ferii zimowych udało nam się odwiedzić ponownie dwa z wymienionych tam zabytków: opactwo w Krzeszowie i zamek w Książu.


 
Opactwo krzeszowskie tym razem zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Może dlatego, że spędziliśmy tam pół dnia, a nie jak osiem lat temu - pół godziny. I od razu ten zabytek poszybował w górę w mej prywatnej klasyfikacji. Przede wszystkim zadziwiło nas ile miejsc można tam zwiedzić. Poprzednio poprzestaliśmy na kilku stacjach kalwarii oraz wnętrzu bazyliki, a teraz mieliśmy szansę po wykupieniu biletu na trasę rozszerzoną (oczywiście ze zniżką na Kartę Dużej Rodziny) wejść na wieżę i do podziemi oraz obejrzeć: dwa kościoły, muzeum w pałacu opata, mauzoleum Piastów i pawilon letni na wodzie. Szczególnie to ostatnie miejsce zaskoczyło nas, bo czegoś takiego nie spodziewaliśmy się zobaczyć w zwyczajnym sosnowym borze. A pojechaliśmy tam jeszcze przed wizytą w informacji turystycznej, by odbyć samochodową drogę krzyżową po nie zwiedzonej kilka lat temu części kalwarii. Jakie było nasze zdumienie, gdy pośrodku lasu obok dość dużego domu, zobaczyliśmy drewnianą altankę stojącą na palach pośrodku stawu, ponad źródełkiem. Niestety była zamknięta, ale tablica informacyjna wyjaśniała na jaki skarb patrzymy przez płot, a fotografie dawały pojęcie, czego można się spodziewać we wnętrzu. Jednak nie po to przecież przyjechaliśmy. Chcieliśmy zobaczyć inne stacje via crucis, ale jadąc szutrową drogą niestety pogubiliśmy się w lesie i po 15 minutach okazało się, że przebyliśmy grań Gór Kruczych i znajdujemy się kilkanaście kilometrów od Krzeszowa (zwykłą trasą).
 

Zwiedzanie opactwa zaczęliśmy od bazyliki, której barokowego wnętrza nie szpecą, jak w innych zabytkowych kościołach, żadne współczesne obrazy czy banery. Przy okazji wejścia na kościelną wieżę mogliśmy z bliska przyjrzeć się sławnym krzeszowskim organom, w których 97% elementów jest oryginalnych i pochodzi z osiemnastego wieku, a także przespacerować się po strychu między sklepieniem świątyni, a mansardowym dachem. Zapach wiekowego drewna, klimatyczne światło, kontrast cegieł i ciemnych krokwi powodował, że to miejsce warte było odwiedzin - w przeciwieństwie do wspinaczki na dach, która nie dość, że była dla mnie traumatyczna (bałem się, że Ninka wypadnie mi ze spoconych rąk i prześlizgując się przez prześwity w schodach spadnie z kilkunastu metrów), to jeszcze nie przyniosła nagrody w postaci rozległych widoków. Podziemia też lekko rozczarowały, ale myślami już byliśmy w letnim pawilonie na wodzie. Ten - zgodnie z przeczuciami - nas nie zawiódł. Przepyszne barokowe malarstwo pokrywało całe wnętrze drewnianej altanki, której przeznaczenia naukowcy na razie tylko się domyślają. Nie pozostała tam żadna niezamalowana część, poza misternie ułożonym parkietem. Obrazy o tematyce biblijnej poświęcone były różnym scenom z obu Testamentów, związanym z wodą, a także królowi Dawidowi, co nie dziwi, skoro miejsce zwie się Betlejem.
 

Na deser zostały nam: kościół św. Józefa z obrazami śląskiego Rembrandta czyli Michaela Willmanna; pełen światła, bieli i bardzo skromny w przeciwieństwie do bazyliki oraz przebogate mauzoleum Piastów Świdnicko-Jaworskich. To ostatnie miejsce dobudowano do głównej świątyni, przez co stanowi jakby ogromną kaplicę, niewiele ustępującą wielkości głównemu gmachowi. Wewnątrz miejsce pochówku znalazło dwóch książąt piastowskich: Bolko Surowy oraz Bolko Mały. Pstro pomalowane średniowieczne nagrobki, przedstawiające ich jako rycerzy leżących w pełnym rynsztunku, bardzo dobrze wpasowują się we wnętrze pełne fresków, rzeźb, ołtarzy. Ta przestrzeń sakralna zrobiła na mnie nawet większe wrażenie niż Sala Książęca w Lubiążu. To też przesądziło, że Krzeszów wyparł z mojej listy siedmiu cudów Dolnego Śląska tamtejsze opactwo.

 

Do zamku w Książu przyjechaliśmy głównie z jednego powodu - dzięki Karcie Dużej Rodziny mieliśmy zapłacić za zwiedzanie po złotówce, a osiem lat temu pocałowaliśmy klamkę, zobaczywszy jak drogi jest wstęp. Niestety ta wizyta po części rozwiała nasze wcześniejsze wyobrażenia o tym trzecim co do wielkości zamku w Polsce. Po pierwsze okazało się, że ponad połowę budynku zbudowano na początku XX wieku i to właśnie te fragmenty wyglądające na najstarsze. Dotyczy to również centralnej wieży, którą uznałem wcześniej za średniowieczny stołp. Po drugie zamek Hochbergów niewiele ma do zaoferowania zabytkowych wnętrz, nie licząc najsłynniejszej, barokowej, dwupiętrowej Sali Maksymiliana, w której złoto kapie z sufitu, a w bogactwie ornamentów i fresków można nie zauważyć braku dwóch pokaźnych malowideł. Po czwarte pokoje z epoki zostały zniszczone nie przez Armię Czerwoną, a hitlerowców przerabiających rezydencję na tajemniczy wojskowy obiekt. Niestety darowaliśmy sobie zwiedzanie tych podziemi, więc nie możemy się pochwalić znalezieniem złotego pociągu. Mimo tych zastrzeżeń oczywiście Książ to nadal jeden z moich osobistych dolnośląskich mirabiliów i nie traci swego miejsca na mojej liście.

Z braku niesamowitych komnat administratorzy zabytku starają się nadrobić te niedoskonałości, wieszając na pustych ścianach masę archiwalnych, wielkoformatowych zdjęć, a także przedstawiając historię księżnej Daisy i poplątane koleje losów ostatnich właścicieli Książa - książąt pszczyńskich. Z racji tego, że to historia niebanalna (romans syna z drugą żoną ojca, przeniesienie się Hochbergów z hitlerowskich Niemiec do sanacyjnej Polski, czy wreszcie jednego z nich w polskiej armii podczas II wojny światowej), odwiedzający szybko się w nią wciągają. Niestety nie dotyczy to nieczytających dzieci, które nudziły nam się niemiłosiernie, gdy my czytaliśmy podpisy pod kolejnym zdjęciem księżnej z synami.


Po zakończonej wizycie na zamku postanowiliśmy jeszcze pójść na punkt widokowy, by przypatrzeć się budowli z najwłaściwszej perspektywy. Róża i Łucja się nam jednak zbuntowały po całym dniu łażenia po zabytkach i za nic nie chciały przebyć jeszcze kilkuset metrów, więc zostawiliśmy je na murku w parku. Nie dane nam było jednak w to walentynkowe popołudnie rozkoszować się widokiem i robieniem wspólnych (z Franiem) zdjęć, gdyż jakaś mama o bardzo bujnej wyobraźni powiedziała nam, że skrajnie wyczerpane, do kości przemarznięte i bojące się nadciągającego zmroku dziewczyny o mało nie spadły na dno wąwozu, więc warto abyśmy jak najszybciej do nich wrócili. Kolejny raz okazało się, że jesteśmy wyrodnymi rodzicami, którzy szlajają się z nimi po różnych miejscach, zamiast wręczyć im po notebooku! Oczywiście gdy wróciliśmy do dziewczyn wyszło, że wszelkie ich problemy to czysta konfabulacja nieco przewrażliwionej pani.

piątek, 20 lutego 2015

Pierwsze zimowe wejście

Przełęcz Karkonoska powitała nas następnego dnia wprost wymarzoną pogodą – minimalnym mrozem, pięknym słońcem i całkowicie czystym niebem. Idealne warunki na prawdziwą wyrypę, jaką na ten dzień zaplanowaliśmy. Czekała nas wyprawa na Śnieżkę, czyli zgodnie z czeskimi obliczeniami 19 km szlaku w tę i z powrotem, co Polacy szacują na 5 godzin marszu. Oczywiście z dziećmi spodziewaliśmy się niemal dwukrotnego wydłużenia tego czasu (wiadomo – liczne postoje, przerwa na obiad, czekoladowe doładowanie, gadki motywacyjne, uśmierzanie histerii...), ale wyjście około 9 dawało nadzieję na powrót w okolicach zmroku.




Ruszyliśmy poznanym dzień wcześniej podczas biegówkowych wprawek szlakiem, który szybko wyprowadził nas na strome zbocze targane ostrym wiatrem. To on okazał się największą przeszkodą w wędrówce – smagał prosto w twarze, spychał z oblodzonej ścieżki, wyrywał z rąk przekąski. Cała reszta jedynie mobilizowała do marszu – wokół nas rozpościerała się zalana słońcem, lodowo-śnieżna pustynia, z kikutami zasypanych drzew i szerokim widokiem na leżącą pod nami dolinę. Pięknie, cicho (nie licząc świszczącego wiatru) i pusto – co jakiś czas spotykaliśmy nielicznych turystów i biegówkarzy. Nic dziwnego, że okoliczności kojarzyły nam się z zimowymi wyprawami Polaków w Himalaje i Karakorum, co owocowało uroczymi pogawędkami na temat lawin, śnieżnej ślepoty, górskich wypadków i ekspedycji ratunkowych. W tej miłej atmosferze posuwaliśmy się konsekwentnie naprzód. Dzieci co chwilę wynajdowały sobie dodatkowe atrakcje – odłamywały lodowe miecze, otrzepywały zasypane śniegiem drzewa, wskakiwały po pas w śnieg, który poza ubitą ścieżką natychmiast wciągał w swoją niemal dwumetrową warstwę. Na pojawiające się co jakiś czas smęcenia zawsze pomagał krótki postój, solidna porcja czekolady, kabanosów i ciepłej herbaty, po których zawsze wstępowały w nas nowe siły. Jedynie Łuśka była nieszczęśliwa – mimo grubszej niż u reszty warstwy ubrań, marzła w nosidle. Na dodatek odmawiała samodzielnej wędrówki, która zapewne by ją nieco rozgrzała. 




Cel od dawna majaczył nam na horyzoncie, ale droga przez Równię pod Śnieżką jest długa i okrężna, więc gdy osiągnęliśmy wreszcie schronisko na Przełęczy pod Śnieżką, podsuwane przez naszą wyobraźnię wizje najmłodszej córy zamienionej w sopel lodu i nas jako antybohaterów czołówek gazet, osiągnęły już dość rozwiniętą wersję. Na szczęście przy obiedzie Łucja nie wykazywała już oznak zlodowacenia i cała nasza ekipa mogła w dobrych humorach zaatakować szczyt. Na oblodzonym podejściu wcześniej już przydatne kijki okazały się niezbędne, a Pita mógł nareszcie wykorzystać raki, kurzące się od lat w szafie.
 


Szczyt Śnieżki okazał się być mocno zatłoczony – dociera tu kolejka z czeskiej strony, która przywozi licznych narciarzy biegowych. Tu zaczynają oni swój szlak zjazdowy do Szpindlerowego Mlyna. Nie mogliśmy jednak narzekać – w środku zimy Śnieżka zaoferowała nam jeden ze swoich nielicznych, bezchmurnych dni (kryje się we mgle na pozostałe ponad 300 dni w roku) i panoramę polskich i czeskich dolin.


Dzielne dzieciaki (te na zewnątrz i w brzuchu) otrzymały jeszcze zasłużoną nagrodę w postaci lodów (tak!) i gofrów, po czym zaczęliśmy pospieszny odwrót ze szczytu. Szlak w dół zbocza góry Franek z Różą pokonali na... pupach, bo tuż obok oblodzonej ścieżki powstała lodowa rynna zjazdowa, wyślizgana siedzeniami nie tylko młodocianych turystów. Nie dziwi to specjalnie – sama przebyłam tę drogę bez upadku jedynie dzięki pomocy dwóch kijków, a Pita dzięki rakom. 
 



Powrót był nieco trudniejszy, bo wiatr się wzmógł, temperatura spadała, nasze siły już na wyczerpaniu, a umysł znów zaczęły nękać wizje zlodowaciałej Łucji. Krajobraz wokół nas był jednak jeszcze bardziej magiczny. Mocniejsze podmuchy wzbijały śnieg w strumienie „płynące” po zboczach i zasypujące nasz szlak, a zalana popołudniowym światłem biała pustynia przywołała wspomnienia Salaru de Uyuni. Do schroniska dotarliśmy wkrótce po zmroku, tak wyczerpani, że mieliśmy siłę jedynie zjeść kolację i odmrozić Łucję pod ciepłym prysznicem. 


 

Nasze własne Alpe Cermis

Nie mieliśmy tego dnia wiele czasu na aktywności na powietrzu, bo pokonanie czeskich ośnieżonych dróg, a szczególnie serpentyna do parkingu w Spindlerowej Boudzie zajęła nam sporo czasu. Mogliśmy więc po południu pobiegać na nartach wyłącznie w najbliższym sąsiedztwie schroniska PTTK "Odrodzenie" na Przełęczy Karkonoskiej, gdzie nocowaliśmy.

Co prawda znalazłem w internecie świetną trasę dla biegaczy o zachęcającej nazwie "Rówień pod Śnieżką", ale okazało się, że nie była ona na miarę naszych sił i umiejętności. Z mapy wynikało, że początek trasy zaczyna się niecały kilometr od schroniska, ale nie dopatrzyłem się, że większość tej odległości to strome podejście. Łudziłem się, że potem już będzie płasko - w pamięci miałem profil trasy - ale to było tylko złudzenie, nawet najmniejsze podejście dla początkujących biegaczy było mordercze. Róża dopiero uczyła się podchodzić jodełką, wlekliśmy się więc niemiłosiernie długo, bojąc się, czy nasza córka nie zsunie się przypadkiem ze stromego stoku, który trawersowaliśmy. Naszą ziemią obiecaną stało się niewielkie obniżenie terenu, gdzie dzieciaki mogły ćwiczyć kroki, zjazdy, wybicie na muldach. Mogliśmy się trochę pościgać, odpocząć, wygrzewać się w słońcu i podziwiać ośnieżone szczyty i bezśnieżną Kotlinę. Prawie nikt nie zakłócał nam tej sielanki.




Powrót do schroniska zapewnił nam wysoką dawkę adrenaliny. Zjazd pługiem z przyczepką narciarską był ciekawym doświadczeniem. Z trudem hamowałem, gdy przyczepka mnie pchała, a Łuśka musiała mieć śmierć w oczach. Na stromym stoku nie zdało niestety egzaminu ciągnięcie Róży na nartach za przyczepką, bo ściągała całą naszą karawanę jeszcze bardziej w dół. Za to Franek na Równi stał się biegaczem kompletnym - w mig pojął o co chodzi w jeździe pługiem, więc mógł zjechać pod samo prawie schronisko. Zrobił to jako jedyny, bo dziewczyny przerażone wizją zjazdu z nadmierną prędkością, zrezygnowały z tej przyjemności, zanim zaczęły zjeżdżać, a mi od płużenia rozwaliły się buty, więc jak niepyszny zdjąłem narty i zbiegłem w dół.



Po atrakcjach zewnętrznych, przyszedł czas na schroniskowe, z których największą dla nas, choć przez innych najmniej obleganą, była ścianka wspinaczkowa. Każdy członek rodziny spróbował swoich sił. Co prawda dzieciaki weszły znacznie wyżej niż ja, ale za sukces poczytuję sobie to, że się nie zniechęciłem i nauczyłem się asekuracji górnej.




czwartek, 19 lutego 2015

Miasto pingwinów i krasnali

Ten pomysł nie grzeszył oryginalnością. Musieliśmy się więc tłoczyć w kolejkach do kas, przepychać się, szukając wolnej przestrzeni, by coś ujrzeć, wysyłać dzieci, by robiły zdjęcia, wyczekiwać momentów, gdy wokół nich nie było nikogo, by je sfotografować z nadpływającą płaszczką. Tym samym zrobiliśmy to samo, co prawie pół miliona ludzi, którzy od otwarcia w październiku przewinęli się przez wrocławskie Afrykarium.


Nie mogliśmy się uwolnić od porównań z Siam Ocean World w Bangkoku. Tam było pusto i kameralnie, tu w tunelu tłoczyło się tak dużo ludzi, że zamiast efektu otoczenia przez podwodny świat, można się było poczuć jak w kolejce po mięso z lat osiemdziesiątych. Na dzieciakach największe wrażenie zrobiły płaszczki i pingwiny, na które zawzięcie polowały z aparatem. Na mnie zwalisty manat, wyglądający jak morświn, a żyjący w wodach rzeki Kongo. Wydawał on się olbrzymi, ale to chyba dlatego, że szyby akwarium trochę powiększały. Dwie godziny minęły nam szybko i dość ekscytująco. Co prawda słono zapłaciliśmy, ale warte to było tej ceny.



Zostało nam jeszcze popołudnie na zwiedzanie miasta, a ku naszemu zdziwieni dzieciaki po raz pierwszy w historii wspólnych wyjazdów włączyły się aktywnie w spacer po starówce. Nie narzekały wiecznie, że bolą je nogi, że już chcą do domu. Jak to się stało? Na początku zapowiedzieliśmy, że będzie dla nich coś interesującego do szukania, lecz nie zdradziliśmy sekretu, czego mają wypatrywać. Od opuszczenia samochodu podekscytowane rozglądały się za niespodziewanymi stworzeniami. Nie obyło się bez małych podpowiedzi, ale po znalezieniu pierwszych krasnali, trudno było im usiedzieć w spokoju na obiedzie. A potem jak szalone zaczęły biegać po wrocławskim rynku i liczyć swoje znaleziska. Skończyło się chyba na wyniku 4:4:2, już nie pamiętam dla kogo.
 


Nawet Łusia tak się wciągnęła w poszukiwania, że za nic nie chciała być na baranach. Przecież tak trudniej zobaczyć krasnala skrywającego się na poziomie gruntu! Od uniwersytetu przeszła na własnych nogach aż do katedry. Jej starania (jak i pozostałych członków rodziny) nie przyniosły jednak spodziewanych rezultatów. Na dystansie półtora kilometra nie spostrzegliśmy żadnego przedstawiciela krasnego ludu. Dobrze się przed nami skryli na wyspach, albo znajdowali się nie tam gdzieśmy się ich spodziewali ... Zamiast nich na moście tumskim oglądaliśmy zakochanych zawieszających kłódki na barierce i wrzucających kluczyki do rzeki (wszak to były Walentynki), a "Gazusia" na latarni nie dostrzegliśmy. Na nasze usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że zmierzchało i nawet latarnie zapalane przy nas przez prawdziwego latarnika nie oświetlały okolicy na tyle, by spostrzec małe ludziki. A wrocławianom najwyraźniej krasnale spowszedniały, bo tylko w naszych oczach było widać krasnoludzką gorączkę.

piątek, 8 kwietnia 2011

„Czy jesteśmy już w innym kraju?” 1

Coraz trudniej jest dziecku wytłumaczyć, czym są inne kraje. Kiedyś był na to czas podczas stania w kolejce na granicy. A teraz? Zwalniasz trochę na autostradzie, a tu inny kraj. Przechodzisz przez rzeczkę i bęc – inny kraj.

Ale zanim dojechaliśmy do naszej zachodniej granicy mieliśmy przed sobą wiele atrakcji, a także dotkliwych rozczarowań. Największym z nich okazał się wjazd kolejką gondolową na Stok Izerski, bądź precyzyjniej brak możliwości takiego wjazdu ze względu na „przerwę techniczną”. Oczywiście zemściło się na nas zbytnie zaufanie do administratorów strony internetowej tego ośrodka narciarskiego. Całe szczęście, że dzieci nie widziały naszej wściekłości, smacznie spały po przejeździe przez Góry Izerskie.
Kolejna atrakcja też mogła się okazać niewypałem, ale dzięki bezczelności i odwadze Justy (silnie kontrastującej z moją postawą w tej konkretnej sytuacji) stała się przygodą. Otóż słynny „filmowy” zamek Czocha okazał się twierdzą trudną do zdobycia dla dwójki turystów z dziećmi. Zbyt mała liczba chętnych do zwiedzania powodowała, że przewodnikowi nie opłacało się odejść od kawiarnianego stolika., choć już na wstępie popełniono błąd wpuszczając nas do środka. Bo czy dla takich barbarzyńców jak my napisy typu „wejście tylko dla gości hotelowych” są zaporą uniemożliwiającą penetrację zamkowych zakamarków? Tylko skrzypienie schodów zdradzało naszą obecność, gdy wchodziliśmy na wieżę, na której w filmie „Gdzie jest generał?” schowała się kompania esesmanów. Rozpościerał się stamtąd widok na zalew Leśniański i fragmenty zamku, skrzętnie ukrywane przez wszystkie ekipy filmowe. Na szczęście nikt nas nie zobaczył, w hotelu nie było zbyt wielu gości, czemu nie ma się co dziwić i mogliśmy udać się jeszcze dalej na zachód.


Nysa Łużycka jako rzeka graniczna lepiej wygląda na mapie niż w rzeczywistości. Na przykład w Zgorzelcu/Gorlitz kilkadziesiąt sekund marszu przez most dzieli Zgorzelczan od pięknie wyremontowanej starówki, schludnych, wypucowanych chodników, a Gorlitzan od tanich papierosów i wódki. Ale trzeba przyznać, że idzie „nowe” z zachodu, tuż przy moście granicznym odbudowywany zostaje Plac Pocztowy ze znakiem milowym poczty saskiej Augusta II. A to oznacza, jesteśmy coraz bliżej Drezna.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Doliną Bobru do wulkanu

Wizytą w pechowym dla nas Karpaczu rozpoczęliśmy kolejny dzień wyprawy. Celem naszym znów było Muzeum Zabawek. Pamiętałam podobne miejsce z Pragi - kunsztownie wykonane, ręcznie malowane lalki z XIX-go wieku spotykały się tam z plastikowym kiczem Barbie. Muzeum w Karpaczu pokazywało raczej tą bardziej estetyczną epokę zabawek, dorzucając np. szopki krakowskie, które wybitnie spodobały się Frankowi.

Przezornie rezygnując z pokonywania zdradzieckiej, oblodzonej drogi, ruszyliśmy trasą także atrakcyjną, ale z zupełnie innych powodów. Kręta droga biegnąca doliną Bobru oferuje piękne widoki na zalesione zbocza nad brzegiem rzeki i powstałego na niej jeziora. Bóbr został tu powstrzymany wielką tamą Pilchowicką, która była dziś naszym celem.


Tuż przed tamą, nad jeziorem zawieszony stary most kolejowy, podobny do tego w Stańczykach na Suwalszczyźnie. Podparty na wysokich łukach, pełen dziur, ale tak malowniczy, że nie dało się go minąć obojętnie. Róża smacznie spała w samochodzie, ale Franek dał się namówić na spacer po moście. Byliśmy przekonani, że żaden pociąg nie jeździł tędy od lat. Spokojnie pozowaliśmy do efektownych zdjęć, aż tu niespodziewanie... nagle świst, nagle gwizd, para buch, koła w ruch... i my też by czym prędzej uciec z wąskiego mostku. Pociąg na szczęście nadjechał powoli i bardzo ładnie ustawił się do zdjęcia na moście. Dla Franka zdarzenie to było niemal traumatyczne, więc znów zaowocowało rysunkową dokumentacją.


Po tych emocjach pozostało nam już w spokoju zwiedzić ogromną tamę. Z zaciekawieniem obserwowaliśmy zasady funkcjonowania tego zamysłu, snując marzenia o wycieczce do dużo ciekawszej tamy Itaipu.


Znad wodospadów Iguacu udaliśmy się na Etnę. Już z oddali widać było prosty stożek dymiącego wulkanu. Czarne potoki zastygłej lawy na zboczach przypominały o niedawnych erupcjach. Dzielnie wspinaliśmy się na szczyt (no może mama najmniej dzielnie...), aż do przerażającego krateru pełnego gotującej się mazi. Tak to rozbudzając wyobraźnię dzieci zdobyliśmy Ostrzycę - jedyny polski wulkan, który jeszcze w swym kształcie zachował coś z groźnego stożka, ale porastający go las zakłóca odpowiednie wrażenie. Natomiast widoki ze szczytu są całkiem przyjemne.



środa, 6 kwietnia 2011

Wypadek

Wielokrotnie przekonaliśmy się podczas naszych rodzinnych wycieczek, że nie wszystkie atrakcje, które planujemy udaje się zrealizować, nie wszystkie typowane na dziecięce hity, spełniają pokładane w nich nadzieje. Ale na szczęście pojawiają się też atrakcje "z zaskoczenia", nieprzewidziane, takie super przygody znikąd. Coś takiego przeżyliśmy drugiego dnia w Kotlinie.

A zaczęło się zupełnie niewinnie od nieudanego wypadu do Muzeum Zabawek w Karpaczu. Muzeum zastaliśmy zamknięte, więc malowniczą droga przez przełęcz ruszyliśmy w kierunku zamku Chojnik - naszego kolejnego punktu programu.
Spokojna droga przez las budzący się z zimowego snu, piękne widoki na zakrętach i... 15m oblodzonej nawierzchni. Tylko tyle i aż tyle, bo nam wystarczyło by ześlizgnąć się do rowu. Na szczęście jechaliśmy wolniutko i dachowania nie było :) Samochód jednak zawisł w niewygodnej pozycji i ani drgnął. Jak tu wybrnąć z takiego ambarasu? Na szczęście nasza drużyna musiała wyglądać na wybitnie nieporadną, bo szybko znaleźli się pomocni kierowcy z pojazdem 4x4, który poradził sobie z naszym problemem. Akcja ratunkowa skłoniła Franka do wręcz histerycznego śmiechu, Róża też dobrze się bawiła, a wszystkim wokoło udzielił się ów groteskowy nastrój. Tak oto mrożąca krew w żyłach przygoda urosła do rangi topowej atrakcji wyjazdu. Doczekała się nawet artystycznej dokumentacji:


Po wszystkim ruszyliśmy - rodzice ze zszarganymi nerwami, a dzieci w szampańskich humorach - zdobywać zamek Chojnik.
Wycieczka z dnia poprzedniego dowiodła, że z naszych maluchów są nieźli piechurzy. Na nowym szlaku okazało się, że im teren trudniejszy, tym większa frajda. Omszałe kamienie i liczne korzenie na stromym zboczu były dla Franka i Róży dodatkową atrakcją, a my podsycaliśmy ich zapał opowieściami o rycerzach i księżniczkach, które mieszkały na zamku Chojnik. Zwiedzanie obiektu było już wielką przygodą, a w powrotnej drodze wyobraźnia dzieci pracowała na pełnych obrotach. Patyki stały się mieczami, a Róża całej rodzinie przydzieliła role - księżniczek i rycerzy.




Pełen wrażeń dzień zakończyliśmy spokojnym spacerem wśród pałaców w Łomnicy. Zgrabne budynki, rozdzielone dolinką rzeki, mieszczą obecnie hotele i pensjonaty. My w zadbanych ogrodach tych posiadłości szukaliśmy oznak wiosny. I znaleźliśmy.