Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nad Bałtykiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nad Bałtykiem. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 sierpnia 2014

Ujścia Wisły - wycieczka tematyczna

Pamiętacie Frycka, Florkę, Paulę i Michała, z którymi żeglowaliśmy w zeszłym roku po Mazurach? Nie tak dawno ich rodzina powiększyła się o Michalinę i właśnie z nimi (niestety bez Michała) spędziliśmy kilka dni na Półwyspie Helskim, a podczas powrotnej drogi do domu odbyliśmy wycieczkę tematyczną "Ujścia Wisły".

Jako naczelny kaowiec postarałem się najpierw solidnie przygotować do zagadnienia, bo w przeciwieństwie do Justy nie jestem specjalistą od hydrologii.
Kilka godzin siedzenia na Wikipedii wystarczyło, bym podczas pobytu ma Westerplatte (prócz wątków związanych z II wojną światową), był w stanie opowiadać dzieciakom o tym, jak piaski naniesione przez rzekę utworzyły kilkaset lat dwie wyspy Zachodnią i Wschodnią, między którymi Martwa Wisła uchodziła do morza, jak potem przekopano kanał portowy, aby statki mogły bezpiecznie wchodzić do portu, jak wyspy przybrzeżne się połączyły, stając się półwyspem, jak wschodnia część półwyspu zupełnie zanikła i pozostało już tylko Westerplatte.


Szkoda, że dawnej latarni morskiej znajdującej się w twierdzy Wisłoujście nie wybudowano wyższej, bo byłoby z pewnością jeszcze lepiej widać to, o czym dzieci dowiedziały się wcześniej. Ale i tak widok na Gdańsk, morze i najbliższą okolicę wart był wspinaczki. Jednak najciekawszym fragmentem zwiedzania fortyfikacji z przewodnikiem stanowiła symulacja przygotowania armaty do wystrzału (niestety bez wystrzału). Ochotnicy mieli szansę wykonać wszystkie czynności i wcielić się w siedemnastowiecznych artylerzystów. Co prawda nie zajmowało im to 30 sekund, jak profesjonalistom, ale i tak bawili się przednio.


Ujścia Wisły Śmiałej nie udało nam się dostrzec z mostu, którym ją przekraczaliśmy, dzieci musiały więc uruchomić wyobraźnię, by zobaczyć dramat ludzi, których miejscowość rozlewająca się rzeka przedzieliła na dwie części. Za mało też niestety mieliśmy czasu, by powędrować wzdłuż plaży i przyjrzeć się słodkiej wodzie mieszającej się ze słoną przy ostatnim z ujść królowej naszych rzek, więc poprzestaliśmy na widoku na morze z daleka, z promu samochodowego przemierzającego Przekop Wisły i kolejnej opowieści na temat sztucznego estuarium.



Pomni doświadczeń z podróży nad morze, postanowiliśmy wracać do domu bocznymi drogami, trochę zahaczyliśmy o Żuławy (dowód poniżej), ale przede wszystkim dzięki temu na horyzoncie dostrzegliśmy Wzgórza Dylewskie. Tam pojedziemy na kolejną wycieczkę rowerową!

czwartek, 23 sierpnia 2012

Cesarskie kąpieliska z siodełka roweru

Wizytę w Świnoujściu postanowiliśmy urozmaicić nielada atrakcją - krótkim, kilkugodzinnym wypadem rowerowym do kurortów niemieckich. Dzięki temu mieliśmy okazję skorzystać z usług naszej konkurencji - wypożyczalni rowerów Baltic Bike. Zaopatrzyliśmy się w bogaty zestaw - 2 rowery, przyczepkę, fotelik i ruszyliśmy.  


 Nad brzegiem morza, wzdłuż niegdyś 16-to kilometrowej, najdłuższej w Europie trasy spacerowej, biegnie bardzo wygodna i mocno uczęszczana ścieżka rowerowa. Początkowo wiedzie świnoujską promenadą, by gładko przekroczyć niemal niezauważalną granicę państwa i doprowadzić nas do zdecydowane bardziej okazałych i lepiej zachowanych kurortów niemieckich. Dość zadbane i estetyczne Świnoujście wydało nam się zapyziałym i zaniedbanym kurorcikiem przy splendorze Ahlbeck. Szum fal odbija się tu od stojących w zwartym szeregu przepysznych willi, które obecnie w większości pozamieniano na pensjonaty. 


By spojrzeć na tę imponującą promenadę z lepszej perspektywy, weszliśmy na długie molo. Dzieciaki z zachwytem obserwowały przejażdżki plażowiczów na bananie, a my z podobnym zachwytem architekturę nadmorskich kamienic. Zaskoczeniem była dla mnie informacja, że to tutaj powstała "Czarodziejska góra", zawsze wyobrażałam sobie raczej górski krajobraz jako inspirację. 


Dalej nasza trasa wiodła nieco trudnym, pagórkowatym terenem przez lasek, aż do przyjemnego jeziora. Tu zrobiliśmy sobie mini postój, co okazało się słusznym pomysłem, jako że zmierzając z powrotem w kierunku Świnoujścia nieco się pogubiliśmy i nie w głowie nam były postoje. Dotarliśmy jednak na miejsce na tyle wcześnie, że jeszcze zdążyliśmy zażyć morskich i słonecznych kąpieli z dala od niemieckich golasów, którzy licznie zapełniali plaże po drugiej stronie wirtualnej granicy. 



Podsumowując: zabytkowe kurorty są naprawdę piękne, okolica ciekawa i doskonale przystosowana dla rowerzystów. Z łatwością można zorganizować przyjemną, jednodniową wycieczkę, co jak widać nam się udało ;)

środa, 22 sierpnia 2012

Nasz kraj fortami stoi

Wciąż jestem pod wrażeniem książki Piotra Zychowicza "Pakt Ribbentrop-Beck", w której autor przekonująco dowodzi, że Hitler - z Polską u boku, jako sojusznikiem - mógł pokonać Związek Radziecki, i rozprawia się przy okazji z najróżniejszymi argumentami przeciw tej tezie, dotyczącymi wasalizacji Polski, przebiegu wojny ze Stalinem, kwestii żydowskiej. Z racji tego, że podróże kształcą, chciałbym  włożyć również swój mały kamyczek w tryby przyjaźni polsko-niemieckiej z lat 1932-1938. Gdyby była ona tak głęboka i prawdziwa, jak Zychowicz pisze, to po co III Rzesza w tych właśnie latach za miliony marek budowała ciąg fortyfikacji na wschodzie? Chodzi mi tu szczególnie o Międzyrzecki Rejon Umocniony, który udało nam tego lata zobaczyć na własne oczy.
 Niestety ta linia obronna podobnie jak nie był  żadną przeszkodą dla nacierającej Armii Czerwonąej tak nie  stanowi on idealnej atrakcji dla dzieci. Manekiny niemieckich żołnierzy stojących na warcie, strzelających z karabinów maszynowych, leżących na pryczach przerażały Różyczkę, zejścia w dół potężną (30 metrów głębokości) klatką schodową bał się Franciszek, a Łuśka łkała podczas ponad kilometrowego marszu przez ciemne korytarze. W środku podobała im się wyłącznie krótka przejażdżka drezyną (2 minuty jak na godzinę w zimnych, mokrych podziemiach, to trochę mało przyjemności), a na zewnątrz przeciwczołgowe "zęby smoka", wśród których bez problemu mogłyby się bawić w "chowanego" oraz wyślizgane kopuły pancerne. 
Niemieckich żołnierzom jednak te podziemne konstrukcje ciągnące się przez dziesiątki kilometrów (my zwiedziliśmy raptem półtora) bardziej odpowiadały niż zalane wodą okopy spod Verdun, tak że w końcu ich Fuhrer tupnął nogą i przestał finansować ten "raj dekowników". Szkoda tylko, że po wojnie umocnienia zostały tak zdewastowane (szaber, ćwiczenie wojskowe) i nigdy już nie staną się taką atrakcją, jak linia Maginota, czy Wał Atlantycki.

Inną fortyfikacją na naszej trasie miała być szesnastowieczna twierdza Kostrzyn. Piszę "miała być," bo ktoś bardzo sprytnie zabrał się w JEDNYM czasie za remont dokładnie WSZYSTKICH bastionów, więc wstępu do nich broniły ogrodzenia, napisy "wstęp wzbroniony" i choć widać było, że wszystko jest już gotowe na przyjęcie turystów, musieliśmy się obejść smakiem, zwiedzając jedynie Bramę Berlińską. Na szczęście Kostrzyn, to nie tylko raweliny, fosy i inne obiekty obronne, ale również "Polskie Pompeje", które pobudziły dziecięcą fantazję.
Siedząc na schodkach prowadzących do zarośniętej krzakami kupy gruzu, patrząc przez okienka suteren wgłąb piwnic pełnych potłuczonych cegieł, przechadzając się po trotuarze, mijając tramwajowe szyny, mogły one oczami wyobraźni zobaczyć ludzi, którzy tam mieszkali i te tramwaje, samochody mknące po bruku. Niesamowite miejsce. Tylko czy kiedyś nie zabudują go gargamelowatymi kamieniczkami? Trzeba poczuć tę atmosferę zanim się to stanie.
Aby zrekompensować sobie niemożność zwiedzenia twierdzy Kostrzyn, postanowiliśmy odwiedzić Fort Gerharda w Świnoujściu. Jaki Fort Gerharda w Świnoujściu? REKRUCI PO-WTA-RZA-JĄ ZA PANEM SIER-ŻAN-TEM! NAJ-LEP-SZY FORT NA ŚWIE-CIE! I BIEGIEM - DO SZCZOTKOWANIA KIBLI - MARSZ!!! To próbka stylu naszego przewodnika, przebranego za pruskiego kaprala (czy  też sierżanta - sprawy wojskowe zawsze były mi obce), który prócz interesujących informacji na temat zwiedzanych pomieszczeń, wplatał w swą opowieść wojskowe żarty, elementy musztry, mrożące krew w żyłach historię o duchach. Całość wycieczki kończyło natomiast strzelanie z armaty, a także pasowanie na młodszego kanoniera artylerii fortecznej. Dzieci jednak miały dość krzyków, traktowania per noga, więc zrejterowały spod szpady przewodnika, nie mogą się zatem poszczycić tak łatwo osiągniętym stopniem wojskowym.
 Ogólnie mogę stwierdzić, że świnoujski fort to jedna z najciekawszych atrakcji w Polsce. Oczywiście moim skromnym zdaniem. I nie chodzi, o jakiś wyśmienity stan zachowanie fortu, bo takim nie jest, gdyż jeszcze kilka lat temu teren ten służył za wysypisko śmieci, ale o to, że ktoś miał pomysł jak atrakcyjnie (przez połączenie edukacji z zabawą, ciekawą również dla dorosłych) zaprezentować tak niszowy produkt jak fortyfikacje, które nagle ożywają wśród tych prostych żołnierskich komend. Dobrze to wróży polskiej turystyce, bo w Polsce fortów jest co nie miara ...

PS. Jakoś mocno entuzjastyczny wyszedł ten post, niepodobne to do mnie :)

sobota, 22 sierpnia 2009

A nad morzem...

też byliśmy :)
Wyrwaliśmy się z Kaszub tylko na chwilkę - 2 dni zaledwie, ale było warto! Najfajniejsze dwa dni wyjazdu. Wybraliśmy najładniejsze dni we wspólnie spędzanym tygodniu, więc oprócz zwiedzania mogliśmy poplażować. Dzieciaki zachwycone! Dzięki temu, że odpoczywaliśmy w miejscach raczej mniej uczęszczanych, mogliśmy zauważyć jak piękna jest polska plaża.
W Łebie trudno dostrzec morze i piasek spod i spomiędzy zbitej masy prażących się w słońcu ciał, ręczników, parasoli, parawanów... Zastanawiam się jak można znajdować przyjemność w takim kiszeniu na kupie i tych codziennych rytuałach - wycieczkach na plażę w silnej grupie, z obfitym rynsztunkiem w postaci wyżej wymienionych gadżetów plażowych. Potem aż do obiadu rozpłaszczenie na plaży, zjazd na żarło, a potem powtórka. Ja wytrzymuję na plażowaniu 2 pełne dni, potem mam dość. Nudzi mi się. Picie wystarczą 2 godziny. A w tej zbitej łebskiej masie nie wytrzymałabym ani minuty. Ale wiadomo, różne są gusta. Niektórych nudziłoby pewnie to, co robiliśmy my - czyli zwiedzanie.Na chwilkę wracając jeszcze do polskiej plaży - jest piękna. Gdy globalne ocieplenie rozkręci się na całego myślę, że będziemy Mekką europejskich plażowiczów, bo piasek u nas niemal tak miałki jak na meksykańskich plażach morza Karaibskiego. Kolor wód może nie tak turkusowy, ale temperatura już teraz znośna. Na pewno za rok wrócimy na chwilę, choćby po to, by sprawić radość dzieciakom. Szalały w wodzie, fal się nie bały, piasek zjadały (a raczej zjadała, bo Fran już nie je).
Gdy plaża została zaliczona ruszyliśmy na ruchome wydmy. Słowiński Park Narodowy to jeden z ciekawszych i ładniejszych jakie widzieliśmy. Krajobraz ruchomej wydmy - niespotykany. Czuliśmy się jak na pustyni. Ruchome wydmy poruszają się kilka metrów rocznie. Zwiedzana przez nas Góra Łącka (nazwa od wsi, która pod nią zniknęła) właśnie sukcesywnie zasypuje rosnący na jej skraju las. Uschnięte czubki drzew wystają spod piasku, a masywna wydma brnie dalej wkraczając między kolejne drzewa.
  Ze szczytu wydmy wspaniały widok - z jednej strony jezioro Łebsko, z drugiej morze, a między nimi wielka góra piachu, na której stoimy.
Logistycznie trochę bez sensu rozegraliśmy dojazd tam. Najlepiej jest wynająć rowery i dojechać kilka kilometrów. My zabraliśmy się z wózkiem meleksem. Potem ów wózek ciągaliśmy za sobą po wydmie - masakra.

Kolejnego dnia po plażowaniu wspięliśmy się na latarnię w Czołpinie. Znów piękne widoki, ale właściwie nic więcej. Burza wygoniła nas z Kluk, gdzie mieliśmy zamiar zwiedzić kolejny skansen. Bardzo nie żałujemy, bo po tym w Sierpcu klukowski prezentował się dość ubogo.
Na wycieczce nasze dzieciaki zaliczyły swoją pierwszą noc w namiocie. Fran wstał naburmuszony i stwierdził, że w namiocie "jest niefajnie". Dlaczego? - "Mało miejsca". Prawda.Trochę poszalałam dziś ze zdjęciami. Ale chyba nikt się nie obrazi.