Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bouldering. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bouldering. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 czerwca 2017

Słodycz porażki

 
Droga, a jakże - serpentyniasta, jak przystało na Kotlinę, wprowadziła nas wysoko na Kamienną Górę.  Bambetle do crashy, crashe na plecy i w górę Góry. A z prawej widok coraz szerszy, coraz dalszy, wszakże aura jak marzenie - słońce świeci, deszczowe chmury dnia wczorajszego gdzieś odpłynęły. Z prawej krajobraz tez się zmienia - ziemia coraz więcej wypluwa z siebie piaskowych głazów, wciąż jednak zbyt małych by ktoś oprócz Ninki mógł nazwać je baldami. Ona natomiast chętnie krzyczy: - "Ja baldy! Pinać!"
 
Klarowna ścieżka (jakaż to nowość w naszych podejściach) doprowadza nas wkrótce pod te kamienie, na których sukcesy, upadki, pot i wysiłek znaczą stare ślady magnezji. Pierwsze mijamy, by znaleźć nasz - skromny, bo nie pyszniący się wielkimi trudnościami,  zapewne wzgardzany przez prawdziwych łojantów, dla nas zaś idealny - z łatwymi drogami, wyrastający z płaskiego gruntu, gdzie crash raz położony, nie ucieknie.
 
Pierwsze macanie głazu pokazało, że czeka nas nowe doświadczenie. Piaskowiec szorstki jak tarka, a więc tarcie będzie :) To nie to samo co wygładzony wapień Kusięt. Cóż z tego, skoro autorzy dróg też poczuli tę różnicę... Pierwszy rozgrzewkowy baldzik w rysie puścił wszystkich, choć Pitę skłonił do zdjęcia koszulki. Na nic się to prężenie muskułów jednak nie zdało, bo na następnych drogach nasze wspinanie kończyło się tam, gdzie zaczynały się wyjścia z wykorzystaniem sławetnego tarcia. A tego nasze nerwy nie są w stanie unieść. Pozostało nam pokornie przyrzec sobie w duchu więcej trenowania mantli na Camp4 i na otarcie łez udać się na pobliski punkt widokowy. Bo przecież laików wspinania Kamienna Góra kusi czymś innym - pięknym widokiem na leżąca u jej stóp kotlinę.
 
By nieco zniwelować dziecięce rozczarowanie (bo i nasze mistrzynie słabo sobie radziły z piaskowcem) przewspinaliśmy jeszcze jeden kamień o banalnych trudnościach i już mogliśmy ruszać w daleką drogę do domu.
 
Bez wielkiego żalu. Porażka mniej boli gdy odbywa się w takich okolicznościach przyrody.

środa, 31 maja 2017

Bulderowa turystyka

Wyrodni z nas rodzice. Zamiast prowadzić dzieci po muzeach, teatrach, pałacach, czy parkach rozrywki, ciągamy je w głuszę, gdzie niewiele jest więcej prócz sarenek, chrabąszczy, komarów, muszek i głazów na szczycie pagórka. A wyrodnym dzieciom to odpowiada, czas prędko im mija wśród śpiewu ptaków i wyrywa je stamtąd dopiero doskwierający głód.



Podczas wyjazdu do podolkuskiej Czyżówki okazało się też jak daleko nam do boulderowych pakerów, którzy prężąc muskuły i pokazując nagie torsy, robią zabójczo trudne baldy, dokumentując swe dokonania na taśmie filmowej. My raczej przypominamy boulderowych turystów all inclusive. Ważne jest, żeby ptaki śpiewały, nikt nie zakłócał nam odpoczynku, dzieci miały zabawę ze wspinaczki, a czy nam się uda pokonać trudniejszy "problem", to już kwestia trzeciorzędna. Nawet jak Róża pierwszy raz w życiu sama z siebie zapałała chęcią uwiecznienia swych dokonań na filmiku, bardziej jej zależało na ładnym stroju niż na pokonaniu balda w idealnym stylu. Tacy jesteśmy! Bouldering w terenie to dla nas w tym momencie forma rekreacji na łonie przyrody, trudniejsze drogi możemy robić na panelu, gdzie ląduje się na mięciutki materac, a nie mały crashpad, który ma tendencję do zmiany położenia, gdy się na niego zaskakuje. Tak, trzeba to przyznać otwarcie, wszystkich nas blokuje strach. Nie mamy pewności,  czy chwyt się nie oberwie, czy osoba spotująca zareaguje prawidłowo, czy nie poobijamy się o skałę. Do tego nadal brak nam doświadczenia. Wpadliśmy bowiem w popłoch, gdy trzy metry nad ziemią Łucja nie mogła ani zejść, ani wejść wyżej. My w sandałach nie dajemy rady, wspiąć się tak wysoko. Pozostał jej jedynie skok. Po krótkim płaczu w ramionach nasz krasnal na szczęście mógł wspinać się nadal, choć zmieniliśmy głaz na niższy za to z "wyjściem z dachu". Tam dokazywała jej starsza siostra, która przewieszenia uwielbia, a z kocyka przyglądała im się Ninka, która wie już czym wspinaczka pachnie (dzień wcześniej wdrapywała się z asekuracją na dziecięca ściankę na krakowskim Avatarze), więc powtarza ciągle "pinać ja pinać".


Wnioski na przyszłość:  nie wystarczy sugerować się wyceną drogi, czasami 5 lub 5+ jest dla dziewczyn nie do przejścia, gdy głaz za wysoki, bądź brak mu małych dziurek na ich paluszki. W topo musimy też zwracać uwagę na miejsce przed skałą,  żeby było tam jak najbezpieczniejsze lądowisko. Jeśli dzieci będą zadowolone ze swych osiągów,  nie zaczną marudzić i marzyć o oglądaniu filmików na komórce, to każde następne wspólne,  rodzinne wspinanie będzie tak przyjemne i relaksacyjne, jak w Czyżówce w zeszłą niedzielę.

piątek, 5 maja 2017

Psi Nos

Ambitne plany na majówkę pokrzyżowała nam pogoda (śnieg + zbyt zimne noce jak na spanie w namiocie). Nie spędziliśmy więc pięciu dniu w Kotlinie Kłodzkiej i w okolicach: bulderując na Kamiennej Górze, wdrapując się na Śnieżnik, wałęsając się po zabytkowych miasteczkach: Międzygórzu, Bystrzycy, Paczkowie, Bardzie, zwiedzając pałac w Kamieńcu Ząbkowickim, za to wykorzystaliśmy plan z zeszłego roku czyli pojechaliśmy na jeden dzień na Psi Nos. Oczywiście na bouldery. A plan "kłodzki" zostawiamy sobie na kolejny dłuższy weekend - Wy zresztą też możecie go wykorzystać!
Psi Nos to kilka skałek między Kusiętami, a Srockiem, położonych na wzgórzu pośrodku liściastego, jurajskiego lasu. Bez GPS'a nie ma szans tam trafić. Z nawigacją też nie jest łatwo, ale dzięki temu nikogo się tam nie spodziewaliśmy, bo wypaśne baldy znajdują się kilometr dalej i to tam kierują swe kroki wymiatacze boulderingu. Ten rejon został przez odkrywców zaklasyfikowany jako miejsce dla początkujących czyli w sam raz dla naszej dzieciarni (i dla nas). Na miejscu czekało dwanaście przystawek ulokowanych na dwóch niewysokich kamieniach. Na pierwszym dzieciakom wspinanie nie szło (zbyt duże odległości między półkami skalnymi), natomiast na mniejszym szalały, bo w głazie pełno było małych dziurek, gdzie bez kłopotu wkładały paluchy. Róża jakby od niechcenia pokonywała bald za baldem, Franek niewiele jej ustępował - ambicja go niosła, a Łusia z gracją spadała na materac. Gdy się nie wspinały, skakały na crashpady, spotowały się nawzajem, robiły filmiki aparatem. Na tyle im się to podobało, że na cztery godziny zapomniały o istnieniu komórek.




Gdy oni grali, dorośli mogli się powstawiać (z różnym skutkiem) na bardziej wymagające linie. Niestety dwie przystawki prowadziły po całkowicie mokrej skale, poszukaliśmy więc w okolicy nieeksploatowanych głazów. A słoneczko grzało, ptaki śpiewały,  wokół cisza i spokój ...



Trzeci kamień nie miał opisanych tras, więc sami mogliśmy wymyślać problemy boulderowe - Marka były najfajniejsze, choć nikt prócz niego nie zaliczył topu. Dziewczynki też na kanciku opracowały przystawkę. Jej przejście kończyło jakże udany dzień wspinaczkowy. Trzeba tylko z tego kamienia zejść. A nie należało to do najłatwiejszych. Dziewczyny siedziały więc okrakiem cztery metry nad ziemią, czekając na sprowadzenie na ziemię. Akcja ratunkowa wymagała udziału wszystkich dorosłych. Marek spuszczał je na wyciągniętych rękach,  Justa podtrzymywana przeze mnie, łapała za uda i potem ja je przejmowałem. Fajna przygoda - musiała myśleć przypatrująca się nam z crashpada Ninka, która (sądząc po jej domowych akrobacjach) nie może się doczekać, kiedy pociśnie pierwszego balda.





Łącznie spędziliśmy na Psim Nosie siedem godzin, a do eksploracji zostały jeszcze dwa kamienie oraz trzy-cztery trudniejsze trasy na pierwszym głazie. Jest więc po co tam wracać,  tym bardziej że to najbliższe od Warszawy baldy, gdzie nie straszy leśniczy.

środa, 1 lutego 2017

Balidering


Czy Bali kojarzy się Wam ze wspinaczką? Nam też nie, ale skoro nie pojechaliśmy do Wietnamu i nie jesteśmy we wspinaczkowym raju zwanym Halong Bay, to musieliśmy znaleźć jakąś namiastkę. Poszukiwania nie trwały długo, a miejscówka to Padang Padang Beach. Topo wymieniało tam czternaście  średnio trudnych problemów,  więc w sam raz dla naszej w rodziny. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę wielu innych czynników, o których w Polsce się nie myśli. 
Po pierwsze pora deszczowa. Nadal nie rozgryźliśmy, czy są jakieś stałe godziny padania. Słyszeliśmy, że przedpołudnia są ładne, a potem leje. Dlatego dziś  zerwaliśmy się wcześnie, by balderować zanim nasza skała się zmoczy. Już rano pomysł okazał się poroniony, skoro krople odbijały się od dachu przez całą noc. Aby dać klifowi czas na obeschnięcie, poszwendaliśmy się po imprezowej Kucie i dotarliśmy do zaśmieconej plaży surferów, skąd wygnała nas ulewa, tym razem monstrualnych rozmiarów. Zanim dotarliśmy na baldy spadło jeszcze trochę deszczu, ale nie będę Was tym znudzić,  bo istotniejszy był kolejny czynnik - "high tide", co (jak zobaczyliśmy z daleka) mogło oznaczać tylko jedno. Przypływ! Przypływ, który zalał słoną wodą część naszych dróg na nadmorskim klifie.
Dwugodzinne przeczekanie wysokiej wody wykorzystaliśmy na wyżerkę w warungu. Franek rzucił się na ostry makaron i krewetki, dziewczynki ledwo skubały ryż smażony.
Trzeci czynnik, który w Polsce do tej pory nie występował, to brak chęci wspinania wśród dziewczyn. Ale w sumie czemu się dziwić. Ostatni raz rozwiązywały problemy wspinaczkowe sześć dni temu, a w morzu nie kąpały się od Batumi.
Nam chęci nie brakowało. Butów wspinaczkowych też nie. Czuliśmy jednak brak magnezji  (została zapomniana w hotelu), a przede wszystkim brak chęci do ryzyka. Bo upadek z kilku metrów i skręcenie kostki na początku wyjazdu nam się nie uśmiechało. Cyfra więc nie padła. Ale jak na pierwsze samodzielne balderowanie było nieźle. Potrafiliśmy odczytać topo, znaleźć chwyty startowe (a w nich piasek, wodę i robale) i nie doznać kontuzji. 

Gdy my wstawialiśmy się w zaledwie dwie drogi, dzieci odnalazły w tym czasie w sobie dusze surferów, podskakując na falach, by dać im się ponieść. A w hotelu okupowały basen. Wygnała ich stamtąd dopiero wieczorna ulewa.

środa, 11 maja 2016

Piknik pod wiszącą skałą

Mantlowanie, giełganie, spotowanie, red pointy... czegóż to się człowiek nie nauczy na jednym ekspresowo krótkim wyjeździe na baldy. Wystarczy jednak, ze ruszy z takim fascynatem jak mój brat, a słownik wzbogaci się o nowe branżowe terminy. Oprócz teorii załapie też sporo podstawowej wiedzy praktycznej, na przykład takiej, że gdy ktoś się na kamulec wspina, to się go pilnuje i gdy trzeba wyłapuje, a nie bezradnie ręce rozkłada, bo czasem jedyną granicę między bolesnymi otarciami (jak w moim przypadku) a poważnym połamaniem stanowią wyłapujące ręce i niewielki crash pad (materac).
 

Baldy? A co to? - spytacie. W naszym przypadku alternatywa dla wspinania z liną w Jurze, na które zabrakło nam partnerów i wiedzy teoretycznej. Zapakowaliśmy więc Marka do naszego pojemnego auta na jedyne wolne miejsce i ruszyliśmy do Adamowa popróbować wspinania w małej formie. Przygód było kilka, pierwsza zaś wynikała z faktu, że skałki w Adamowie to rezerwat przyrody. 
Topo (przewodnik) Adamowa wspomina co prawda na samym wstępie, że wspinanie tam jest zabronione i wskazówki mają charakter czysto teoretyczny, ale myśleliśmy, że niejaki leśniczy, postrach wspinacza, to taka postać jak nie przymierzając Yeti czy inny potwór z Loch Ness. Ktoś, kiedyś go widział, ale to było dawno i nieprawda. Otóż nie. Legendarny zły leśniczy z Adamowa istnieje i my go spotkaliśmy! Spotkanie zresztą było dość miłe, a leśniczy przyjazny, jednak nieubłagany. Za jego sprawą zamiast wspinać się w szerszym gronie na wcześniej upatrzonej skale o pokrętnej nazwie Parapetolog, gdzie problemów na naszym poziomie było sporo, musieliśmy przenieść się nieco dalej, gdzie mrówki, kleszcze i nie wiem co jeszcze. Marek nieco ukradkiem zdążył jeszcze popróbować arcytrudnego balda, który zrzucał go i tym razem, ale nasi chłopcy odchodzili z Parapetologa z niedosytem - nie udało im się skończyć tego co zaczęli.

 

Na nowym miejscu Róża wspinała się jak moda kozica, Łucja również starała się pokonać niedobory wzrostu gigantycznym zapałem, a reszta walczyła z grawitacją. Mnie ona raz pokonała w sposób niemal tragiczny - poleciałam z wysokości 2,5m i tylko sprawne wyłapanie przez Marka uchroniło mnie przed śmiercią lub kalectwem ;). 





Wniosków z wyjazdu mamy kilka:
1. piknik pod wiszącą skałą z dziećmi jest możliwy, ale wszyscy wrócą niemiłosiernie brudni i zmęczeni
2. wspinanie w skale to zupełnie co innego niż na panelu
3. lepiej nie spotykać złego leśniczego, bo choć miły, to popsuje plany
4. Jura chyba jednak wygra