Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 maja 2018

To je Balkan

Tęskniliśmy. Za pogodą, językiem, swobodą bycia i chaosem, który z niej wynika, za wiejską architekturą, ludźmi, którzy zapraszają do domów na rakije i obiad - pyszne polneti piperki czyli nadziewane mięsem papryki, za miejscami ze wspomnień, które dla nas są pełne emocji. Wiedzieliśmy, że po tylu latach trochę to będzie powrót, a trochę odkrywanie na nowo, bo przecież tyle się zmieniło.


Zmieniło się? Droga tak samo pusta wije się nad jeziorem Prespa by doprowadzić nas do zagubionego z dala od głównych szlaków Kurbinowa. Tradycyjne wiejskie domy, psy, koty i gospodarze na swych podwórkach zajęci przerzucaniem siana. Czyli zupełnie jak dawniej - nieciekawa, zagloniona muszelka, a w niej - drogocenna perła. Zmierzamy prosto do perły - położonej trzy kilometry za wioską cerkwi z freskami z XII w., myśląc, że coś tu się zmieniło i ktoś zabytku pilnuje... Jednak nie - nadal klucze dzierży niejaki Mitko z trzeciego domu na prawo od centrum wioski i chętnie nam je przekazuje.

 
Jaszczurki rozbiegają się spod naszych nóg gdy wchodzimy po schodach wiodących do cerkwi, Pita otwiera stare drzwi i nagle wszystko się zmienia. Z gorącego, słonecznego poranka wpadamy w półmrok i chłód mówiących murów cerkwi. Mówią obrazami. Z płaskich przestrzeni patrzy na nas cały wszechświat i pełnia historii zbawienia. Święci, aniołowie, biblijni Patriarchowie, Chrystus Pantokrator i Maryja.
Patrzą tak samo od wieków. No może teraz muszą się nieco bardziej natrudzić by nas dostrzec zza belek rusztowania - cerkiew jest remontowana.
Patrzą więc na nas lub niektórzy tylko trwają w obecności, bo niegdyś jakaś muzułmańska ręka wydłubała im oczy by uśmiercić ten kontakt Boga z człowiekiem poprzez bluźnierczy wszak, niewierny wizerunek. Jakaż lekcja historii, kultury i religii dla naszych dzieci, zawarta w tym jednym akcie wandalizmu sprzed wieków!
Rusztowanie to błogosławieństwo - choć w dalszej perspektywie wiele zasłania, w bliższej pozwala nam wejść na wyższy poziom obcowania z wizerunkami. Dosłownie, ale przede wszystkim w przenośni. Wspinamy się na belki, by z bliska zachwycić się słynnym aniołem, którego wizerunek jest na macedońskim banknocie, by spojrzeć Chrystusowi prosto w oczy. Te same oczy od czasów fajumskich portretów trumiennych.

 

 

***
"Oblicze jest najważniejsze, dlatego piszemy je na końcu. To staramy się przenieść wiernie, niezmienne, bo to prawda objawiona, choć każdy ikonopisarz coś z siebie też przekazuje w ikonie". - tłumaczyła mi młoda mniszka, wskazując na rozstawione w pracowni żeńskiego monasteru przygotowane deski z lekkim szkicem, pokryte złotem, postaci ubrane, lecz jeszcze bez twarzy i gotowe wizerunki. Z każdej skończonej ikony spoglądały na mnie te oczy.

 
 


***
Pora jechać dalej. Choć chyba lokalny żółw uważa inaczej i bezczelnie zachodzi nam drogę. Musimy zorganizować akcję ratunkową, bo przecież jakiś zabłąkany traktor, na tej uczęszczanej raz dziennie drodze, na pewno go przejedzie. Dzieciakom trudno rozstać się z tym niespotykanym zjawiskiem - żółwiem na wolności, jednak tam czeka na nas przecież plaża, to każdego przekona!

 
Plaża na końcu Macedonii, dalej już tylko Grecja, a tu w małej miejscowości o zawadiackiej nazwie Dupeni, jest Dupeni beach. Pusta. Choć oferuje widoki jak cudowne armeńskie jezioro Sewan, jest pusta i cała dla nas. W błękitnych wodach jeziora Prespa odbijają się góry. Albańskie szczyty. Tu nad jeziorem Prespa spotykają się trzy kraje, choć niegdyś, w czasach, które pamiętają kurbinowskie freski, tereny te były jednością w państwie cara Samoila. 
Dziś mogłyby kusić turystów, którzy tłoczą się niedaleko - w Ochrydzie, nad innym jeziorem, piękne widoki zostawiając nam i dzieciom, które doceniły fale jeziora Prespa. Cóż że lodowate? Już spodnie, sukienki i majtki mokre, zamki z piasku w budowie, badyle biją wodę, a kamienie nurkują gdzieś daleko. Lato w środku wiosny.




Kręta droga między jeziorami, wijąca się na przełęcz w parku narodowym Galicica kusiła nas od zawsze. Te ponętne zakręty wróżyły widoki i przygodę. Cóż jednak mogliśmy począć jako studenci, jeżdżący tylko stopem? Złapać go na takiej drodze, w wyludnionej Macedonii 15 lat temu graniczyło z cudem, więc droga pozostała dla nas dziewicza, aż do dziś, gdy dorobiliśmy się vana i dzieci. Tak zaopatrzeni mogliśmy wreszcie do niej wrócić. Nie zawiodła nas. Najpierw otwiera widok na całe jezioro Prespańskie  - aż po jego greckie brzegi, potem kręcąc nami raz w prawo, raz w lewo, doprowadza na przełącz, gdzie uderza silnym wiatrem. Choć godzinę temu grzaliśmy się na plaży, teraz musimy wyciągać kurtki, a część grupy organizuje krótką wycieczkę na macanie śniegu, który zalega na zboczu. Wiatr nawiewa na nas chmury, drugie z naszych jezior - Ochrydzkie pozostaje ukryte - tylko słaby zarys wody widać przez mgłę, gdzieś daleko w dole. A tutaj chłód, opary i kamienne zbocze.


***
Nic nie widać. Wejść było łatwo, jeszcze za jasności, a teraz, gdy zapada zmrok, znaki szlaku wymalowane na kamieniach znikają. Szybko opuszczamy zbocze Pelisteru, byle prędzej dotrzeć do schroniska Kopanki. Chyba widzimy jego światła, więc porzucamy daremne poszukiwania oznaczeń i najprostszą drogą trawersujemy zbocze. Byle schronić się tam przed chłodem. Nic z tego. Chłód czeka na nas także w schronisku, a noc upłynie na daremnych próbach ogrzania się pod jednym kocem.

 
 
***
Nareszcie trochę Europy. Nareszcie jakieś zmiany! Kompleks klasztorny założony w X w. przez św. Nauma - ucznia świętych Cyryla i Metodego doczekał się parkingu i ładnie zagospodarowanej promenadki nad jeziorem Ochrydzkim. Przewidziano też miejsce na stragany z pamiątkami, co dobitnie świadczy, że jakiś ruch turystyczny tu istnieje. Rzeczywiście - są i autokary i inni zwiedzający - pierwszy raz tego dnia. To co najważniejsze, pozostało jednak niezmienne - kojący widok na jezioro, ceglany budynek cerkwi i tutejsi nieoficjalni gospodarze - dumne pawie przechadzające się majestatycznie obok świątyni. Pysznią się upierzeniem przed turystami, w tym naszymi zachwyconymi dziećmi.

 

Pawie od lat są strażnikami tego miejsca, spoglądają obojętnie jak rzesze wiernych wstępują w mrok cerkwi by nawiedzić grób św. Nauma. I my wchodzimy. Znów to poczucie przeniesienia w inny świat - malowane ściany, świece ciepłym światłem otulające złoty ikonostas, ciche modlitwy i śpiew w starocerkiewnym. Na grobie świętego leży jakiś chłopak. Głową mocno przywarł do płyty nagrobnej.
- Słyszałeś? - pyta go matka gdy się podnosi.
- Słyszałem! - pada dumna i radosna odpowiedź.
Tu bije serce świętego. I wierni chcą je usłyszeć. Chcą poczuć, niemal dotknąć tę obecność świętego, spojrzeć w jego oblicze, pogładzić, pocałować, przytulić; w ikonie czy w grobie. Wiara bardzo sensualna. Siadam na chwilę w krużgankach cerkwi i z radością o tym dumam. Dobrze że to się nie zmieniło.

 


***
Siadamy w krużganku cerkwi nad stołami, gdzie wszystko już czeka na główne danie - bulgoczącą w wielkim garze czorbę z jagnięciny. Owieczki lądowały w zupie po kolei - część straciła życie jeszcze w wiosce, gdzie widok ich śmierci bardziej chyba zszokował grupę dorosłych studentów, niż małe dzieci, które z niewielkimi objawami odrazy obserwowały podrzynanie gardła - jak rutynową czynność. Kolejne jagnięta ginęły i były odzierane ze skóry już pod cerkwią, a teraz ich z grubsza rozdrobnione ciała pływały w dymiących przed nami talerzach. Trudno nam przełknąć kawały mięsa z tłuszczem, kośćmi i chrząstkami, ale podstawowe zasady pracy etnografa mówią między innymi, że serwowany w terenie poczęstunek trzeba choć spróbować, więc zmuszam się do zjedzenia kilku łyżek palącej ostrością papryczek cieczy. W gorszej sytuacji są obecni wśród nas wegetarianie. Znajdują się jednak i amatorzy (w tym mój obecny mąż) tego najważniejszego posiłku - ofiary Kurbanu w dzień św. Jerzego.



sobota, 24 czerwca 2017

Kopalnia czy gofry?

"A po co tam jedziemy?", "A czy będzie tam coś ciekawego?". Takie pytania coraz częściej padają przy wyjazdowych śniadaniach i coraz trudniej wymyślić nam atrakcje mogące zaspokoić oczekiwania naszych dzieciaków (tak, wiem sami sobie jesteśmy winni, trzeba było się z nimi nie szlajać po Bożym świecie), więc jedynym naszym sprzymierzeńcem jest ich krótkotrwała pamięć. Zapomniały pobyty w Ardszpach i Teplicach mogły więc popaść w dziewiczy zachwyt podczas spaceru po Błędnych Skałach. 

Już sam dojazd był niecodzienny. Do rezerwatu prowadzi wąska asfaltowa szosa,  więc odbywa się ruch jednokierunkowy. Czekaliśmy pod szlabanem, czekając aż turyści zjadą z góry, a potem ruszyliśmy w kawalkadzie kilkudziesięciu innych samochodów przedzierających się przez kilkukilometrowy las jak z "Jasia i Małgosi". Po zaparkowaniu kolejna niespodzianka - posiadacze Karty Dużej Rodziny nie płacą za wstęp. Szybkie wejście na dość zarośnięty punkt widokowy, z którego nie widać już Szczelińca, a potem zagłębiamy się w labirynt. I oczywiście korzystamy z okazji, że któraś odnoga nie została zamknięta płotkiem i celowo się gubimy. Dzieciaki przechodzą przejściami między skałami,  gdzie nie dotarłby żaden dorosły, biegają jak oszalałe między głazami, gubią się i nowołują siebie nawzajem, machają z zupełnie nieoczekiwanego miejsca. Po prostu przygoda. Nic dziwnego, że cały spacer trwa dwukrotnie dłużej niż zazwyczaj. Musimy przecież zrobić też sobie zdjęcie przy każdej fikuśnej skalce, w każdym wąskim pasażu. Mi głównie podoba się odmienność Błędnych Skał od czeskich skalnych miast. Tam kamienne kominy stojące w gestym lesie, tu buldery z wgryzającymi się w nie drzewami. Tam jedno przejście budzące niepokój u pulchniejszych osób,  tu przeciskanie się niemal non-stop. 

By wyciszyć po tylu emocjach pojechaliśmy do kaplicy czaszek w Czermnej. Jednak w tłumie, w jakim się tam znaleźliśmy,  trudno było o refleksję. Nie dało się ogarnąć całości założenia (3 tysiące czaszek),  bo wszędzie w niewielkim wnętrzu stali ludzie. Można było tylko kontemplować przemijanie wpatrując się w najbliższe kości lub te podtrzymywane przez druty i zwisające z sufitu. Ta atrakcja nie wzbudziła w nikim z naszej rodziny większych emocji ruszyliśmy więc spacerkiem na obiad do centrum Kudowy Zdroju.

Najedzeni stanęliśmy w dzwiach cukierni przed dramatycznym - tytułowym wyborem. Kopalnia złota czy gofry z bitą śmietaną? Tak brzmiało pytanie. Tylko Róża tym razem zdała egzamin na prawdziwego łowcę przygód (i z musu ja, jako jej opiekun w ciemnych korytarzach), reszta wybrała słodycze.
W kopalni w Złotym Stoku nie znajduje się błyszczących samorodków, tuż przed jej zamknięciem ponad pięćdziesiąt lat temu z tony rudy wytwarzano gram drogocennego kruszcu - tyle w naszych kieszeniach by się nie zmieściło. Więcej wyprodukowano tu w dawnych czasach arszeniku - 25% całej produkcji tej trucizny. Ponad zwykły, kopalniany standard (przejazd kolejką, żarty przewodników o gubieniu turystów,  ekspozycję narzędzi, figurki duchów kopalni czy innych gnomów, straszenie w korytarzach śmierci) wystawał, a właściwie spływał - i to z ośmiu metrów - podziemny wodospad. Dla dorosłych dużą atrakcją był kilkumetrowy zjazd zjeżdżalnią jak z placu zabaw, a dla Różyczki przejazd kolejką. Tu jej się poszczęściło,  bo zmęczona przewodniczka przekonała grupę,  by zamiast iść do kolejnej sztolni w siąpiącym deszczu,  wjechać tam i wyjechać wagonikami. Dzięki temu mej córce oczy błyszczały dwukrotnie, tyle razy też wiatr owiewał jej złociste włosy. A w tym czasie reszta spała. Obudziły ich dopiero nasze głosy -  "żałujcie, że z nami nie poszliście", "wszystko było ciekawe".

środa, 21 czerwca 2017

Okno pogodowe

Nie ma róży bez kolców. Ta stara prawda sprawdziła się również podczas wyprawy na ukochany Dolny Śląsk. Góry,  piękne i rozległe widoki, miasteczka i wioski o czerwonych dachach przycupnięte na zboczach to oczywiście "róża". "Kolcami" (przynajmniej dla mnie) są serpentyny, zjazdy i podjazdy, ogólnie górskie drogi, którymi trzeba się poruszać po regionie. A najgorszą z nich była szosa przez Sienną do Kletna. Na szczęście Justa prowadziła, więc nie skończyliśmy w rowie i mogliśmy ruszyć o własnych siłach na Śnieżnik.

Po drodze wstąpiliśmy do kas biletowych przed Jaskinią Niedzwiedzią, licząc na swoje szczęście i możliwość wejścia do podziemnej jamy. Tym razem nam się nie poszczęściło, a na dodatek zaczęło padać. Schronisko pod szczytem,  gdzie dotarliśmy po półtorej godzinie pełne było turystów,  szukających schronienia przed gęsta mgłą. Dla nas miejsca zabrakło nawet na korytarzu przy ubikacji, pomaszerowaliśmy więc markotni na wierzchołek. Nince udało się nas przekonać i daliśmy jej pokonać ostatnie kilkaset metrów na "chochotkę". 
Ja w tym czasie widząc przebłyski słońca ponad chmurami, żałowałem że Śnieżnik nie jest wyższą górą, bo wtedy wznieślibyśmy się ponad chmury. A tuż za mną krok za krokiem wdrapywała się za mną nasza dwulatka. Gdy jako ostatni dotarliśmy na szczyt oznaczony stertą kamieni z rozebranej wieży widokowej nagle mgła zniknęła jak za pstryknięciem palcami. A reszta naszej grupy jakby tego nie dostrzegła skupiona na wyjadaniu zapasów z plecaka.


W najśmielszych marzeniach nie spodziewałem się takiego finału trekkingu. Jak można było przewidzieć coś takiego, po dwóch godzinach deszczu i mgły? Ale góry rządzą się innymi prawami. Czy to Tatry, czy niewysoki Śnieżnik - nie zachwycający z oddali wyniosłym wierzchołkiem. Z bliska też nie chwycił za serca. Bo co to za szczyt,  który jest jednym wielkim wypłaszczeniem o powierzchni kilku boisk do piłki nożnej? Z którego, gdyby nie zwaliska wieży byłoby widać głównie sam porośnięty trawą wierzchołek?  Który wysokością ustępuje innym górom Sudetów Wschodnich znajdującym się po czeskiej stronie granicy, ale trafił na listę Korony Gór Polskich z braku ojczystej konkurencji? 

Ale nie ma co narzekać,  skoro zostaliśmy nagrodzeni za trud widokami na Kotlinę Kłodzką, okoliczne pasma i nieodległą czeską wieżę widokową o kształcie wielkiej zjeżdżalni. Jako że piękna pogoda wypłoszyła turystów ze schroniska - w drodze powrotnej miejsce się dla nas bez problemu znalazło. Dzieciaki mogły się rozkoszować fasolką po bretońsku, gdy tymczasem chmury znowu zapanowały nad Śnieżnikiem wspierane przez grzmoty i błyskawice.
Zejściu do samochodu już nie towarzyszyły żadne fajerwerki. A kolejne okno pogodowe nad Śnieżnikiem otworzyło się dopiero,  gdy docieraliśmy na nocleg w Polanicy Zdroju. Ale mieliśmy farta!


czwartek, 1 września 2016

Biały jęzor dotknięty



Gruzińskie dzieci nie rozpoczynają roku szkolnego 1 września,  dlatego nasze starszaki mogłyby nawet nie dostrzec, co je dzisiaj ominęło, gdy zamiast do szkoły zmierzały na lodowiec. Tym razem nie przewidywaliśmy żadnej wtopy. Mieliśmy go dotknąć i basta. By tego dokonać, zmniejszyliśmy odległość do pokonania z 24 na 4 km, wynajmując mega drogą marszrutkę, która miała czekać na nasz powrót. Na taki dystans wystarczyła chusta i silna dłoń wspierająca Łucję. I zdecydowanie pomogło ozdrowienie Ninki.



 

Szlak tylko dla piechurów zaczynał się wiszącym mostem ponad wrzącą kipielą. Potem przez chwilę poczuliśmy się jak w Polsce, spacerując pośród świerkowego lasu. Wyżej rosły już tylko karłowate brzózki, ponad którymi kłębiły się kamienie. A nad wszystkim wisiał lodowiec Czaaladi. Na samym szczycie bielutki jak obłoczek, niżej jasnoszary, a na samym dole ukryty pod kamieniami. Nasz cel stanowiła jaskinia w jęzorze lodowca, z której wypływał rwący potok. Szarawy lodowiec w tym miejscu musiał mieć kilka pięter wysokości i co pewien czas osuwały się z niego z impetem kamulce. W takim miejscu czuło się potęgę sił natury, ale nie dało się tam po lodowcu pochodzić, dlatego ja z Frankiem wyżebraliśmy 25 minut na bieg do bielutkiego lodowca i z powrotem. Oczywiście czasu na to nie starczyło, musieliśmy się zadowolić odnajdowaniem szczelinek w nakrytym kamieniami lodzie, schodzeniem do mini lodowąwozików, wyżłobionych przez strumyczki, próbą wspięcia się na dwa metry po lodzie (nieudaną). Podczas naszych eksploracji czas mijał nieubłaganie, więc usłyszeliśmy to, czego się spodziewaliśmy za 5 minut spóźnienia.

Podwózka taksówką miała i tę zaletę, że całodniowa wycieczka stawała się pół-dniową. Zostało jeszcze trochę czasu, by zwiedzić Muzeum Swanetii, gdzie podziwialiśmy tysiącletnie ikony, manuskrypty, jeszcze starsze monety, lampki oliwne,  a także czekan i raki, jakie nadal są w posiadaniu moich rodziców.

Podsumowując pobyt w Mestii, to mimo że spędziliśmy tu jedyny nieudany dzień wyjazdu (choroba Niny, ekstremalny trekking, pół-dniowa ulewa), to Franek temu miastu przyznał miejsce na podium - po Batumi i Signagi. No i oczywiście Mestia wygrała w klasyfikacji kraników - lała się z nich przecież lekko gazowana woda mineralna!

Maładcy

Nasz wyjazd od czas transferu do Mestii - stolicy niedostępnego regionu Swanetii, nagle stał się ekstremalny. Najpierw droga w góry wiła się niekończącymi się serpentynami, co najdotkliwiej poczuła Nina, która na podkoszulkach rodziców pozostawiła poranne chaczapuri. Gdy dojechaliśmy do miasta ekstremalnie szybko znaleźliśmy się w noclegu - kierowca marszrutki podwiózł nas do kwaterki w dobrej cenie i już 5 minut po opuszczeniu pojazdu mogliśmy się relaksować po sześciogodzinnej jeździe.
 
Region prócz niebosiężnych szczytów słynie ze średniowiecznych wież, które stały przy każdym domostwie i stanowiły miejsce schronienia w razie napadów. Jedna z nich zapraszała do wejścia za 2 lari. Spodziewaliśmy się więc jakiś udogodnień dla turystów i rzeczywiście wisiał tam przedłużacz oraz żarówki - niestety nie działały. Światło do wnętrza dostarczały tylko wąskie otwory, po jednym na każdym piętrze,  na które można się było dostać rozklekotanymi, chybotliwymi drabinami czasami zbyt krótkimi,  by bez wspinaczki po kamieniach dostać się piętro wyżej. Możecie sobie wyobrazić wszystkie piski i płacze,  rozlegające się w ciemnych pomieszczeniach. Ale oczywiście się nie cofnęliśmy,  weszliśmy nawet na dach wieży,  czym zasłużyliśmy na określenie "maładcy" z ust napotkanych Białorusinów. Myśleliśmy, że to koniec ekstremalnych wrażeń tego dnia aż tu nagle Ninka znowu zaczęła wymiotować. Dziecko chorujące w drodze to największy koszmar dla podróżujących rodziców,  mamy wiec nadzieję, że skończy się na jednodniowej grypie żołądkowej.
Z racji niedyspozycji części zespołu postanowiliśmy pójść w okrojonym składzie do krzyża, gorującego prawie tysiąc metrów nad Mestią, a potem może do jeziorek Koruldi, położonych dwie godziny dalej. Pogoda była słoneczna, wyszliśmy więc bez zbytniego obciążania się cieplejszymi rzeczami. Za to mieliśmy współtowarzyszkę trekkingu - Olgę z Mińska,  która skwitowała szybką wspinaczkę dzieciaków pod górę, znanym już nam słowem "maładcy". A spieszyć się należało, bo znad okolicznych czterotysięczników nadchodziła burza. Przedzieraliśmy się przez leśną gęstwinę stromą ścieżką, by chociaż dotrzeć do krzyża przed deszczem. Tam niestety nie zabawiliśmy zbyt długo, wiało za mocno, dzieciaki drżały z zimna, pierwsze krople deszczu spadały nam na podkoszulki, a widoków brakowało, bo szczyty skryły się za chmurami. Co było robić? Pożegnaliśmy Olgę i pędem zaczęliśmy zbiegać do lasu, zanim rozpada się na dobre. Szczęśliwie to się nam udało. Gdy burza przewalała się nam nami, my zbiegaliśmy bądź przytulaliśmy się skryci pod drzewami orzechowymi. A gdy znaleźliśmy się na pastwiskach ponad Mestią, akurat przestało padać. Ciepłą kąpielą i gorącą herbatą zakończył się nasz najbardziej ekstremalny trekking wysokogórski (na 2400 m.n.p.m.). I nie wygląda na to, żebyśmy się przeziębili!