Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowery. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lipca 2017

Kaszuby czyli Saltkrakan

W tym roku minęły dwie okrągłe (dziesiąte) rocznice. Pierwszą ogłosiliśmy wszem i wobec (wyprawa z siedmiomiesięcznym Frankiem do Meksyku), a drugą zupełnie ukryliśmy. Im głośniej mówiliśmy o naszych spektakularnych, zagranicznych wyjazdach, tym bardziej przemilczaliśmy fakt, że mamy takie miejsce na Ziemi (pięć kilometrów piaszczystą drogą do najbliższego, małego sklepiku, a dziesięć do lepiej zaopatrzonego), gdzie jeździmy rok w rok od dziesięciu lat - siedzimy tam w jednym miejscu zwykle przez tydzień: grając w gry planszowe i karciane, narzekając na pogodę, skacząc na bombę do zimnego jeziora, bądź płynąc na jego drugi brzeg, zbierając grzyby i jagody, robiąc codzienne obchody wśród zwierząt, objadając się świeżymi mlecznymi przetworami, czy grzejąc się przy ognisku. Teraz więc nadszedł czas, by przyznać, że Kaszuby to nasze Saltkrakan - kraina, gdzie czas płynie (na wykonywaniu najprostszych czynności) wolniej  i do której zawsze można beztrosko powrócić.
 
Oczywiście uważny czytelnik naszego bloga mógł zapamiętać kilka wpisów, wzmiankujących o naszej kaszubskiej miejscówce, z której mogliśmy robić bliższe czy dalsze wypady po północnej Polsce. Z nich opisaliśmy drobną część, bo tylko idealny dojazd na miejsce, spływ Wdą, spacer po Borach Tucholskich, zjazdy po wydmach w Słowińskim PN oraz zwiedzanie ujścia Wisły. Jedynie w czeluściach naszej pamięci pozostało zwiedzanie: zamków w Malborku, Kwidzynie, Radzyniu Chełmińskim, Kruszwicy; starówek w Gdańsku, Toruniu, Bydgoszczy, Grudziądzu (w tym roku); portów (i plaż) w Gdyni, Darłowie, Ustce, Łebie i na Helu. Nie wspominając oczywiście o kaszubskich mega-atrakcjach, jak Wdzydze Kiszewskie, zamek w Bytowie, góra Wieżyca, czy gockie kręgi w Węsiorach. Aby więc zrehabilitować Kaszuby wspomnę, co zrobiliśmy tam i w okolicy w tym roku.




1. Gdańsk i Europejskie Centrum Solidarności
Gdańsk to wielki plac budowy, od naszej ostatniej wizyty na Starówce tyle się zmieniło ... Przez przypadek na przykład zawędrowaliśmy do oddanego w tym roku do użytku mostu zwodzonego. Ale główną atrakcją było Centrum Solidarności. Okazało się, że dla Franka, Róży i Łucji to strzał w dziesiątkę. Audiobooki, w które się zaopatrzyliśmy miały dwie wersje: dla dzieci oraz dorosłych, więc nieletni siedzieli zasłuchani w historię małej Wiktorii, której milicja zabrała tatę. Problem stanowiła tylko Ninka, biegająca wokół kabin suwnicy, milicyjnego stara, okrągłego stołu czy sejmowej mównicy. Mi nie udawało się przystanąć, więc ekspozycję chłonąłem patrząc głównie na aranżacje przestrzeni, a te robiły wrażenie. Białe schody donikąd jako zwieńczenie "karnawału Solidarności", ściana z plakatami wyborczymi z czerwca '89, żółte kaski zwisające z sufitu i rozświetlające mrok pierwszej sali, czy kończący wystawę napis "Solidarność", złożony z białych i czerwonych karteczek, na których zwiedzający mogli opisać swe wrażenia. Poczułem się jak w mega-interaktywnym bangkockim Museum of Siam, które opisaliśmy w tym wpisie - co oznacza dla mnie (laika, jeśli chodzi o takie miejsca) światowy poziom.







2. Kaszubska Marszruta
Gdy zaczął siąpić deszcz, dopadło mnie załamanie. Nie miałem mapy szlaku (mały jpg, który oglądałem w komórce mi nie wystarczał), nie zaplanowałem zawczasu trasy, byłem odpowiedzialny za większą grupę niż zwykle, w dodatku Łucja zaczęła narzekać od samego wejścia do samochodu, że nie chce jechać na rowerze. Ale skoro przejechaliśmy już kilkadziesiąt kilometrów samochodem, nie mogliśmy się wycofać. Na parkingu pod Urzędem Miejskim w Brusach podjąłem brzemienną w skutkach decyzję. Pojedziemy dalej na południe do Męcikału i zrobimy najkrótszą możliwą pętlę - długości 19 kilometrów, przez Mylof. Trasa nie okazała się niestety zbyt urokliwa. Najpierw szutrową drogą wzdłuż Brdy (bez specjalnych widoków), potem mało uczęszczaną drogą asfaltową przez bór (z przystankiem na poziomki - pycha!), a na końcu specjalnie wybudowaną ścieżką wzdłuż ruchliwej drogi. Ogólnie nie było warto jechać aż tak daleko, by pokonać tak zwykłą trasę. Jedyny plus - mamy już mapę, bo odpowiedzialna osoba pojawiła się w Urzędzie, kiedy wracaliśmy do domu. W przyszłym roku więc tu wrócimy i pokonamy bardziej malownicze odcinki!


3. Wycieczka za jezioro
Słońce świeciło, nie trzeba było pakować rowerów na dach samochodu, humory dopisywały, całość trasy dokładnie zaplanowana - tak rozpoczęta wycieczka nie mogła się nie udać. Długo myśleliśmy, że na drugim brzegu jeziora nie ma nic ciekawego. Tylko las. Aż nagle się okazało, że sąsiednia gmina przygotowała infrastrukturę dla rowerzystów, pokrywając większość swej powierzchni ścieżkami rowerowymi. Trzeba było tylko po piachach przejechać wokół jeziora.
Gdy znaleźliśmy się po wielu godzinach i przejechaniu 23 kilometrów na drugim brzegu, patrząc na pomost i dom naszych gospodarzy, mieliśmy prawo być zadowoleni, do domu mieliśmy jeszcze z 5 kilometrów (znaleźliśmy tam całą reklamówkę maślaków), ale do tej pory dzieci bawiły się na placu zabaw w mini-kurorcie Sominach, zjadły zapiekanki w Studzienicach i wygłupiały się na asfaltowej drodze przez środek lasu, po której nie przejechał przez godzinę żaden samochód. Łucja tam szalała. Jechała szczęśliwa slalomem po utwardzonej nawierzchni. Jakby zapomniała, że miała w nogach prawie dwadzieścia kilometrów. A najlepsze z tej wycieczki, podobnie zresztą, jak tej na Kaszubskiej Marszrucie, że to dopiero był rekonesans. Dłuższe i ciekawsze szlaki jeszcze na nas czekają po drugiej stronie jeziora.



PS. I muszę na koniec dodać, że te dwie wycieczki rowerowe odbyliśmy z Julią i Mateuszem oraz Stasiem i Lilką, którym jeszcze raz chciałbym podziękować za bardzo miłe towarzystwo :).

wtorek, 7 lutego 2017

Gili Gili

 
Gili Gili - pierwsza destynacja w Indonezji, której nazwę dzieci zapamiętały od razu. Brzmi w końcu jak gilgotki czyli zabawnie i przyjemnie. Dla nas dorosłych stało się obietnicą rajskiego odpoczynku od momentu gdy zobaczyliśmy zdjęcie wysepek z lotu ptaka - trzy małe koraliki rozsypane tuż obok siebie na  lazurowym morzu. Koraliki otoczone koralową rafą. 

Jednak dotarcie do raju wymaga poświęceń. I tak wybraliśmy opcję dla cieniasów i dzieciatych, czyli speedboat. Zamiast 5 godzin spędziliśmy w podróży tylko 2, ale i tak przeprawa przez cieśninę, którą wzdłuż rowu oceanicznego biegnie słynna linia Wallace'a, okazała się pełna wrażeń. Fale niemal przelewały się przez pokład, a duchota pod pokładem sprawiła, że prawie zemdlałam pod koniec podróży, a wyczołgawszy się na plażę, zaległam na niej jak wieloryb. 

Początki trudne, ale jak miłe rozwinięcie! Najpierw szybko znaleźliśmy miły bungalowo-pokój z tarasem wśród tropikalnej roślinności, a po wczorajszym pierwszym chrzcie w morzu koralowym,  dziś pławiliśmy się w nim bez opamiętania.

Na wyspy nie można wwozić pojazdów silnikowych, dominującym środkiem lokomocji są więc rowery i, ku uciesze Niny, konne bryczki. Wypożyczyliśmy dla całej naszej ekipy jednoślady i wyruszyliśmy na plażę odpowiednią do nauki snorkelingu. Dla nas wszystkich był to debiut w tej przyjemności, nie bardzo się więc przejmowaliśmy, że rafa przy wyspie szarawa, a pod wodą udało nam się  zauważyć tylko kolorowe ryby, zamiast wymarzonego żółwia. Snorkeling podobał się wszystkim, ale najbardziej ukochał go Franek,  który najchętniej nie wychodziłby z wody.
Wyjść jednak musiał, bo po kąpieli czekała nas jeszcze wyprawa rowerowa dookoła wyspy. Przemierzaliśmy zaśmiecony interior,  zagajniki palmowe,  drogę wzdłuż plaży, gdzie rozłożyły się wypaśne resorty, jakże różne od wioski, w której śpimy - mekki backpackersów. 
 
 
Pod koniec dnia dopadły nas "uroki" pory deszczowej. Przez godzinę nie mogliśmy wyjść z knajpy - lało tak, że przez nią po podłodze  płynęły do morza strumienie deszczówki, potem przedzieraliśmy się przez kompletnie zalane ulice, a w hotelu okazało się, że prąd jest tylko z generatora - w niektórych pomieszczeniach ... U nas akurat w łazience. Ale i tak na razie pora deszczowa nie pokrzyżowała nam planów ani razu. Choć teraz będzie mogła, bo podobno dziś i jutro nie kursują speedboaty i jesteśmy częściowo odcięci od świata.

niedziela, 5 lutego 2017

Downhill z wulkanu

Po skuterkach przyszła kolej na bardziej ekologiczny środek transportu - rowery. Jeszcze w Warszawie znaleźliśmy agencję turystyczną Bali Breeze udostępniającą foteliki rowerowe oraz rowery dla dzieci (przyczepki rowerowej niestety nie mieli), a także oferującą wycieczkę, skrojoną specjalnie dla Róży czyli 70% zjazdu. Ceny na stronie odstraszały,  więc liczyliśmy, że pojawienie się w biurze, jak również nasze niezwykłe zdolności negocjacyjne zmniejszą cenę do akceptowalnej. I zmniejszyły, a atrakcji było moc. Wizyta na plantacji kawy luwak, śniadanie z widokiem na aktywny wulkan Batur, przechadzki po polach ryżowych, tradycyjny taniec balijski "do kotleta", wyżerka, a przede wszystkim ponad dwugodzinna jazda rowerami z wozem technicznym, wlokącym się za nami.

Już na wstępie nasz przewodnik wyraził obawę, czy Franek i Róża sprostają trudom trzydziestokilometrowej trasy i czy nie powinny jechać samochodem. Było to śmieszne w kontekście wycieczki, bo bardziej bolały ręce od wciskania hamulców niż nogi od pedałowania. Dodatkowo przed każdym stromym podjazdem proponował przewiezienie samochodem. Skoro ani razu nie skorzystaliśmy, był pełen podziwu, zwłaszcza że sam z ledwością wtaczał swój rower na szczyt wzniesienia.  Dbał też niezwykle o nasze bezpieczeństwo (choć jechaliśmy głównie  bocznymi drogami), tak że dzieci nauczyły się szybko zwrotów "slow down" i "be careful".

  
Pierwszy przystanek jeszcze przed startem rowerowej przejażdżki mieliśmy na plantacji słynnej indonezyjskiej kawy Luwak. Proces powstawania tego przysmaku jest tak skomplikowany, że jego cena osiąga zawrotny pułap 1000 euro/kg. Ziarna odpowiednie do finalnego produktu wybiera nie lada koneser - luwak właśnie (po polsku łaskun), czyli łasicopodobny zwierzak gustujący w najbardziej dojrzałych i najsmaczniejszych owocach kawy. Soki trawienne Luwaka rozpuszczają pierwszą łupinę ziarna pozbawiając je goryczki. Wydalone ziarna są zbierane i oczyszczane, obierane z kolejnej łupiny, prażone i tłuczone na drobne kawałki lub sprzedawane w całości. Nic dziwnego, że na odwiedzane przez nas plantacji maksymalnie produkują 15kg na miesiąc. Wyobraźcie sobie poszukiwania odchodów zawierających ziarna! 

 
Wulkan Batur wznosi się pośrodku rozległej kaldery (na jej krawędzi jedliśmy śniadanie), z której część stanowi jezioro. Podczas ostatniego wybuchu kilkanaście lat temu (na stokach wciąż widać zaschniętą lawę) woda została zanieczyszczona przez siarkę i dopiero po latach naturalnej filtracji stała się zdatna do picia. Do tego czasu mieszkańcy wiosek położonych w kalderze byli pozbawieni dostępu do wody.

Równie duże wrażenie zrobiła na nas przechadzka po polach ryżowych, gdzie po wąskich groblach przechodziliśmy między basenami wypełnionymi brunatnym szlamem. A wokół palmy, wulkany i wioski, które wyglądają jak ciągi świątyń - tyle ołtarzy jest przed każdym domem.

Nasza marszruta kończyła się obiadem w balijskim domu, gdzie młode dziewczyny wykonały dla nas tradycyjny taniec. Tu też obowiązywała zasada znana nam z przedszkolnych przedstawień - najlepsze tancerki na przód, z tyłu te, którym się nie chce. 
Najmniej przyjemności wycieczka dostarczyła Nince (płakała ostatnie 15 minut), ale zrekompensowała jej to wizyta w Monkey Forest. Nasza najmłodsza piszczała z radości na widok każdego z sześciuset makaków, ale podchodzić do nich nie chciała. Ta atrakcja najmniej zainteresowała Just,  lecz to właśnie jej małpka siadła na głowie, czego bardzo jej wszyscy zazdrościliśmy.

piątek, 21 października 2016

Rowerowo w 2016 - przegląd

Ten rok miał być przełomowy, jeśli chodzi o nasze podróże rowerowe. Planowaliśmy puścić się jakimś szlakiem na wielodniową wycieczkę, z nocowaniem w namiocie i innymi urokami wędrówki z dobytkiem w przyczepce i sakwach. Było to tym bardziej prawdopodobne, że Łucja przesiadła się na większy rower - dokładnie ten, na którym Róża jako jej równolatka była w stanie pokonać 50 km po asfalcie. Ale Łucja to Łucja! Do wysiłku fizycznego, w tym do jazdy na rowerze podchodzi jak do kanapki z szynką czyli z mieszaniną obrzydzenia i niechęci. Dobrze chociaż, że ze wspinaczką jest inaczej ... Ale nie zwalajmy tylko na najmłodszych, wina też leżała po naszej stronie, niezbyt nam się chciało wsiadać na siodełko po pracy na kilku etatach. Koniec końców w tym roku przejechaliśmy na rowerach wspólnie (w stylu wyprawowym) marne 75 kilometrów, o czym będzie poniżej.


1. Puszcza Kampinoska

Do tej pory po Puszczy tylko spacerowaliśmy. I te spacery po piaszczystych wydmach utwierdzały nas w przekonaniu, że Kampinos to nie tereny na rowerowe eskapady. Jednak pewnego weekendu niepomni swej wiedzy i znudzeni ciągłymi wycieczkami na południe od Warszawy postanowiliśmy dać parkowi narodowemu pierwszą szansę. Najpierw zaczęliśmy od wsłuchania się w odgłosy puszczy w dość interaktywnym muzeum w Izabelinie, potem zaparkowaliśmy samochód w Granicy i zapakowaliśmy sprzęt biwakowy do przyczepki dla psa, która posłużyła jako bagażówka i ruszyliśmy szlakiem rowerowym obrzeżami puszczy nad Bzurę. Jechało się przyjemnie, piaskowych odcinków nie było zbyt wiele, więc bardzo sprawnie dotarliśmy do urokliwego kempingu nad brzegiem rzeki. Dzieciaki miały placyk do zabaw, my miejsce na romantyczne patrzenie w gwiazdy, a Ninka zaliczyła swój namiotowy debiut.




Wracać oczywiście nie chcieliśmy tą samą. A że w Puszczy Kampinoskiej jest jeden szlak rowerowy po obrzeżach, byliśmy zmuszeni znaleźć inną drogę powrotną do samochodu. Początkowo droga biegła asfaltem przez kilka wiosek, ale mimo tego tempo nam spadło - Łusia pierwszego dnia musiała dać z siebie wszystko (przejechaliśmy wtedy około 15 km) i chyba potrzebowała dnia odpoczynku, bo teraz nawet po równej drodze i to na początku jazdy - marudziła. Do jej jęków dołączyła reszta, gdy zjechaliśmy z asfaltu i zaczęły się piaski. I to takie piaski, gdzie trzeba było schodzić z roweru, ciągnąć przyczepkę i rower Łucji, której sił brakowało na walkę z grząskim podłożem. Prowadzenie przez kilka kilometrów rowerów, walka z upałem, ogólne zdenerwowanie (w tym płacze Ninki) zabiło całą przyjemność z wycieczki. A była ona bardzo ciekawa, przejeżdżaliśmy przez tereny dawnych, opuszczonych przez mieszkańców wewnątrz-puszczańskich wiosek, po których zostały tylko fundamenty, wejścia do podziemnych spichlerzy oraz drzewa owocowe. Niestety drugiej szansy Puszczy Kampinoskiej długo nie damy ...




 2. Promem do dziadków

W lipcu ruszyła przeprawa promowa między Wilanowem i Wawrem na wysokości naszej ulubionej warszawskiej plaży czyli Kępy Zawadowskiej, co skróciło prawie o połowę dystans z Ursynowa do domu babci i dziadka. Postanowiliśmy skorzystać z tej okazji i po raz kolejny rozbić namiot w ich ogrodzie, wiedząc że nawet najsłabsze ogniwo z naszej drużyny nie zdąży ponarzekać na dystansie mniejszym niż 15 km. Tak też się stało. Najcięższym momentem było jedynie wtaszczenie dwóch przyczepek (tym razem za towarówkę robił Nordic Cab Explorer) oraz pięciu rowerów na stromą, piaszczystą skarpę na wawerskim brzegu. Przez pozostałą część czasu rozkoszowaliśmy się samą jazdą na rowerach, sielskimi krajobrazami, piękną pogodą. Niestety nie dane nam było przedłużyć tych miłych doświadczeń, bo w nocy zaczęło padać, wygnało nas z namiotu i ja, jak niepyszny, musiałem (w strugach deszczu) środkami transportu miejskiego jechać po samochód.






3. Green Velo (Grabarka - Mielnik - Janów Podlaski)

Pierwsza w pełni udana wycieczka rowerowa w 2016 roku! Mogę się jedynie przyczepić do tego, że nie była dłuższa. O przejeździe Green Velo marzyliśmy od zeszłorocznych targów rowerowych, na których obłowiliśmy się dużą ilością map i przewodników, dotyczących tego szlaku. Na pierwszy ogień poszły okolice Podlaskiego Przełomu Bugu. Start w Grabarce pozwolił nam poopowiadać dzieciakom o prawosławiu oraz urokach studenckiego życia, bo tamże prowadziliśmy przecież swoje pierwsze badania etnograficzne. Potem ruszyliśmy świetnie oznakowanym szlakiem do Mielnika, gdzie mieliśmy przenocować. Trasa początkowo prowadziła drogą asfaltową, gdzie nie jeździły żadne samochody, potem szutrową wśród pól, by skończyć się długim, łagodnym zjazdem do wsi Moszczona Królewska, gdzie czekał na nas pierwszy z MORów.



Ninka miała szansę rozprostować kości, zjeść kabanosa, ja w całkowitej nieświadomości siedziałem bezczynnie, choć w okolicy kłębiły się dziesiątki sowieckich bunkrów do eksploracji, a wszyscy mogliśmy patrzeć na co poszły miliony z Unii Europejskiej. Dalsza droga biegła znów szutrówką wśród pól i lasów, aż w końcu dojechaliśmy do uczęszczanej drogi wojewódzkiej, wzdłuż której brakowało pasa rowerowego, więc zestrachani jechaliśmy poboczem, mijani przez ciężarówki.


Milej zrobiło się w Mielniku, który wywarł na nas bardzo pozytywne wrażenie. Mimo że zabytków pozostało tam niewiele, to miasto położone na wzgórzach ponad doliną Bugu, z grodziskiem, zrujnowanym kościołem, odkrywkową kopalnią kredy nadaje się świetnie na bazę wypadową. Tym bardziej, że funkcjonuje tam przedziwny kemping, zarządzany przez władze gminne. Nie jest on nijak pilnowany, panie pobierające opłatę pojawiają się, gdy zmrok zapada, a płaci się tylko za namiot, bez względu ile osób w nim nocuje! 
Jak pewnie zauważyliście na zdjęciach, te 15 km jechaliśmy bez zbędnego obciążenia, bo nasz plan przewidywał, że ja wrócę się rowerem do Grabarki po samochód. Udało się to sprawnie i nikt nawet nie zauważył mojej nieobecności podczas objadania się pizzą.

Następnego dnia po przeprawie promowej przez Bug turlaliśmy się spokojnie do Janowa Podlaskiego, gdzie Justa z dzieciakami miała spędzić kolejne kilka letnich dni. Łuśkę motywowało do dalszej jazdy liczenie gniazd bocianich w jednej z wiosek. Poza tym sporo było zjazdów, teren lekko pofałdował, co zaowocowało wreszcie jakąś przygodą. Otóż Justa jechała wolno z Łucją, a reszta szusowała po wzgórzach. gdy ostatecznie straciliśmy je z oczu, postanowiliśmy się zatrzymać. I tak czekaliśmy i czekaliśmy, aż wreszcie jeden z wielu spotkanych tego dnia rowerzystów przekazał nam informację od dziewczyn, że spadł im łańcuch. Jak niepyszni musieliśmy wdrapać się na pagórek ...
Tym razem nie musiałem wracać na rowerze po wóz techniczny, bo podwiózł mnie tam Daniel, za co raz jeszcze dziękuję :)


Ogólnie Green Velo mówimy tak! Ten fragment dobrze oznaczony, z licznymi wiatami, poprowadzony drogami bez grama piasku zachęca do eksploracji kolejnych (tym razem bez udziału samochodu) ...