Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smażeny syr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smażeny syr. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 marca 2016

Wielkie powroty

Złota uliczka, parek w rohliku, Pilsner, Mucha, smażeny syr, Staropramen, Most Karola, Mala Strana, widok z Petrinu, głębokie metro, knedliky i jeszcze ze 2 piwa zapisane kreskami na "listku". PRAGA.


Okazuje się, że z dziećmi to zupełnie inne doznanie. Klimatyczne knajpy, gdzie kiedyś spędzaliśmy długie wieczory przy piwie, nagle jawią się jako zasmrodzone papierosowym dymem piwnice, do których nie sposób dostać się z wózkiem. Całodzienne spacery po urokliwych uliczkach Starego Miasta to też nie jest ulubiony przez nasze dzieci sposób spędzania czasu. 
Oczywiście nie jesteśmy żółtodziobami w podróżach z dziećmi ani masochistami pragnącymi spędzić 2 dni w akompaniamencie jęków, więc wygrzebaliśmy z pamięci miejsca i wrażenia, które mogły być dla nich atrakcją. 

 
 

A więc przede wszystkim - muzeum zabawek. O tak, to był hit wyjazdu i to nie tylko dla najmłodszych! Spędziliśmy ze dwie godziny podziwiając pięknie urządzone mieszkania XIX-sto wiecznych lalek, armie ołowianych żołnierzy i makiety kolejowych dworców (jak tym się dzieci bawiły?) i Barbie. Barbie?!? Już słyszę te wzgardliwe prychnięcie. Ale jaka Barbie! Lalka nr 1, Barbie w kostiumiku Diora, w przepysznych sukniach gwiazd filmowych i w limitowanych seriach. Dowiedzieliśmy się również o jej kreskówkowych początkach.




Co jeszcze cieszy dzieci? Przedstawienia. Namiastką takiego była zmiana warty na Hradczanach, która zainspirowała Franka i Różę do przejęcia obowiązków żołnierzy.
Przejażdżki kolejką. Szczególnie pod górę, gdy oszczędzają im zmęczenia. Niestety, tym razem trafiliśmy na sezonową przerwę i ku ogólnej rozpaczy na Petrin wdrapaliśmy się o własnych siłach. Widok wynagradzał jednak trudy, bo z góry mogliśmy łatwo pokazać dzieciakom kolejne punkty naszej wycieczki - katedrę św. Wita (Łucja wyszła z niej oburzona, że Czesi mają taki ładny kościół a my nie), most Karola (najwięcej emocji wzbudził oczywiście pomnik przedstawiający św. Jana Nepomucena, którego dramatyczna śmierć poruszyła ulubione struny wyobraźni naszych wielbicieli tragicznych historii) i staromiejski rynek, gdzie musieliśmy zaliczyć obserwację wędrówek postaci przy biciu zegara. Niestety nie dostaliśmy się na Złotą Uliczkę, bo jest ona częścią drogiego pakietu atrakcji Hradczańskich. 



 Mimo naszych zabiegów by uatrakcyjnić dzieciakom tę wizytę w czeskiej stolicy, nie obyło się bez jęków i fochów. Po raz kolejny błogosławiliśmy decyzję o wzięciu przyczepki podwójnej, która dawała opcję restu naszej najmłodszej chodzącej zawodniczce. Podsumowując - Praga na dwa dni, jako atrakcyjny przerywnik dla polskich gór była dobrym pomysłem, jednak na więcej miejskich wrażeń nasze dzieci nie są gotowe. 

 

sobota, 21 lutego 2015

Relaks w Czeskiej Republice

Po zdobyciu Śnieżki potrzebowaliśmy dnia odpoczynku. Relaksu z dala od targanej wichrem grani mogliśmy zażyć w Czechach (czy jak to Róża zwykła mówić "w Czeskiej Republice"). Mimo, że schronisko "Odrodzenie" leży na grani, to nasz samochód stał zaparkowany po czeskiej stronie przełęczy, skąd wiodła kręta droga do Szpindlerowego Młyna, gdzie czekają atrakcje nie tylko dla miłośników zjazdów na nartach.


Dla niedoszłych bobsleistów została wytyczona czterokilometrowa "sankarska draha" prawie spod naszego schroniska na peryferie Szpindlerowego Młynu. Przecinała ona w czterech miejscach oblodzoną drogę, którą ja z Łucją i Duszą Na Ramieniu pokonywałem naszym samochodem z prędkością 10 km/godz, mając przed oczami wszystkie poślizgi, wpadnięcia do rowu, których doświadczyłem w swej karierze automobilisty. Oczywiście Justa ze starszymi dzieciakami rozpędziła się na stromym stoku do znacznie większych prędkości. Oddaję jej głos:
"Obawiałam się nieco tego zjazdu, bo oczyma wyobraźni widziałam siebie, Różę i Franka rozpędzonych do niebotycznych prędkości w oblodzonej rynnie podobnej do tych dla sportowych saneczek. "Sankarska draha" okazała się jednak być zaśnieżoną, szeroką drogą w lesie, na tyle jednak stromą, że niemal non stop musiałam hamować nogami. Franek w pewnym momencie odpuścił sobie hamowanie i wkrótce gwałtownie zakończył swój szalony zjazd w śnieżnej zaspie. Droga była przygotowana na takich szaleńców - część drzew i zakrętów zabezpieczono miękkimi okładzinami. Oczywiście bez problemu wyprzedziliśmy posuwającego się równolegle do nas Pitę w samochodzie".
 


Natomiast dla miłośników narciarstwa biegowego Czesi wytyczyli ośmiokilometrową trasę biegową wzdłuż Łaby, nazwali ją "Bud'te Fit" i wyliczyli, że trzydziestolatek w świetnej formie powinien ją przejechać w około pół godziny. Nasza przygoda z pierwszym w życiu wytyczonym torem do biegania, trwała znacznie dłużej. Ale i tak jesteśmy dumni z dzieciaków, że przebyły na nartach cztery kilometry. Podczas "biegu" Franek uczył Różę jazdy łyżwą, a oboje ćwiczyli wybicia do skoku. Najwygodniej miała oczywiście Łusia. Co prawda z początku pomyślała, że saneczki będą lepszym rozwiązaniem niż przyczepka narciarska, ale szybko zmieniła zdanie, bo w przyczepce mogła sobie wygodnie przysnąć. Zresztą na przygotowanym przez ratrak  torze nasz Cougar nie zapadał się w śniegu, a sunął bardzo gładko.






















I jedyne, co nam się tego dnia nie udało, to zjedzenie smażynego syra w Szpindlerowym Młynie. Ceny były tam dla nas zbyt kosmiczne, więc musieliśmy się zadowolić polską namiastką w naszym schronisku.

PS. Korzystając z okazji dziękujemy Jędrkowi za pożyczenie Róży sprzętu!

czwartek, 6 września 2012

Spiskie piski

Tego dnia mieliśmy  uwolnić się od gór i zrelaksować się na Słowacji. Jak łatwo się domyśleć, nie wszystko poszło zgodnie z planem.
Spiski Hrad już z daleka przypominał nam Krak de Chevalier, który niestety na razie znamy tylko ze zdjęć, skręciliśmy więc w pierwszą drogę, zmierzającą do zamku, by w końcu zaparkować u podnóża góry, na której szczycie rozłożyła się warownia. Jak się okazało (po półgodzinnej wspinaczce) parking nie został wybrany należycie, bo drugi znajdował się na górze, prawie pod samą bramą, znajdującą się w najdalszym krańcu twierdzy. Z rozpaczy piszczeli wszyscy - mali i duzi.
Średniowieczna ruina okazała się też zbyt wielka do zwiedzenia jak na małe, obolałe nóżki, nie we wszystkie zakamarki zdołaliśmy wejść, ani na wszystkie tarasy, ani na wszystkie dziedzińce, piętrzące się jeden nad drugim, coraz wyżej i wyżej, aż po wysmukłą wieżę, całkiem pozbawioną odwiedzających, z powodu królujących tam latających mrówek. Dla nas pozostało niesamowite, wąskie przejście prowadzące na szczyt, a biegnące po spirali raz po lewej, raz po prawej stronie stołpu, co jeszcze bardziej miało utrudnić zdobycie ostatniego punktu obrony. Prócz tej atrakcji można było zwiedzić kaplicę, kilka odtworzonych wnętrz, barbakan, tarasy renesansowe, obejrzeć romańską część mieszkalną z charakterystycznymi kolumienkami. Polskie ruiny zamków powinny się zapaść pod ziemię ze wstydu ...
Nasze ulubione czeskie i słowackie danie czyli smażiny syr zjedliśmy w zabytkowej Lewoczy, skąd po bardzo krótkim spacerze udaliśmy się do Popradu, gdzie kilka godzin grzaliśmy się w basenach termalnych, przerywając te kąpiele (i pływanie - bo Róża i Franio w rękawkach świetnie się już poruszają w wodzie), zjazdami na zjeżdżalniach, wywołującymi radosne piski. Wygrzewanie skończyliśmy równo z zachodem słońca, a droga do noclegu biegła jeszcze po ciemku przez góry ... Tam też na przełęczy w Magurze Spiskiej, wjechaliśmy prosto w chmury, szturmujące ten najniższy punkt w paśmie. Nasza droga wiła się serpentynami, raz w górę, raz w dół, chmury ograniczały widoczność, a my dorośli tłumiliśmy tylko nasze wewnętrzne piski przerażenia, by nie obudzić dzieciaków ...

wtorek, 5 kwietnia 2011

W Kotlinie

Teraz cofniemy się do początków naszej wycieczki, czyli do Kotliny Jeleniogórskiej. Spędziliśmy tam trzy intensywne dni, z których każdy miał podobny rytm, podobny rozkład atrakcji, podobnie rozpieszczał nas piękną pogodą i kończył się uwielbianym przez dzieci seansem bajek na Mini Mini, w naszej bardzo przyjemnej kwaterze – apartamencie.
Obowiązkowym punktem planu dnia „kotlinowego” była wycieczka „górska”. Ze względu na to, że zaledwie jeden z członków naszej ekipy mógł być podejrzewany o pełną wydolność wspinaczkową, wycieczki nasze dobraliśmy bardzo starannie. Były w miarę krótkie, ale oferujące w nagrodę za trudy atrakcyjny finał. Pozostałe punkty programu dobieraliśmy dowolnie, Kotlina to zagłębie interesujących miejsc, więc i tak nie zdołaliśmy wyczerpać wszystkich możliwości.
Pierwszy dzień wyjazdu rozpoczęliśmy od wizyty w tajnej niegdyś kopalni uranu w Kowarach. To tu wydobywano rudę niezbędną do budowy radzieckiej bomby atomowej. Dzieciaki ochoczo przywdziały kaski ochronne i zaskoczyły nas świetnym zachowaniem pod ziemią. Nie była to nasza pierwsza wizyta w kopalni, więc nauczeni doświadczeniem spodziewaliśmy się protestów, ale tym razem Franek podążał krok w krok za przewodnikiem, a Róża zachwycała się podziemnym akwarium w jednej z sal.
Później postanowiliśmy wybrać się na samochodową wycieczkę krajoznawczo-widokową. Piękną, krętą drogą z panoramami Kotliny atakującymi zza drzew wspięliśmy się na graniczną przełęcz Okraj. Tu po raz pierwszy dzieci przekonały się jak łatwo zmieniają się kraje w strefie Schengen. Zostawiliśmy samochód jeszcze w Polsce, a już po chwili jedliśmy smażeny syr z tatarską omacką w czeskiej restauracji. Podziwialiśmy chwilę widoki z przełęczy i narciarzy starających się wykorzystać ostatnie dni sezonu, po czym ruszyliśmy obejrzeć Kotlinę z innej perspektywy.
Wycieczka na Sokolik dowiodła, kto jest najsłabszym ogniwem drużyny. Dzieciaki przeszły na własnych nogach prawie całą drogę (!), a ostatnią ofiarą na szlaku była niestety mama…Tak to prysły marzenia ciężarnej o zdobyciu Śnieżki. Na szczęście Sokolik okazał się jednak być w zasięgu naszych możliwości, dzięki czemu mogliśmy popijać gorącą herbatkę z widokiem na pasmo Karkonoszy w oddali.

środa, 23 kwietnia 2008

W skalnym labiryncie

Poznawanie niesamowitych formacji Gór Stołowych postanowiliśmy zacząć od największej atrakcji regionu - Skalnych Miast w Czechach. Adrszpaskie skały uformowane przez wodę, wiatr i mróz w monumentalne piaskowe wieże, kotły, szczeliny, wyrastają tuż za polską granicą. 



Znając swoje ograniczenia w postaci ciążącego mi brzucha i słabego ogniwa - Franciszka, zdecydowaliśmy się pokonać jedną, atrakcyjną widokowo trasę. Nasza droga prowadziła kamiennym chodnikiem między postrzępionymi skalnymi ścianami, które czasami klaustrofobicznie przytłaczały, a czasami otwierały przed nami szerokie studnie skalne, z ukrytymi w załomach wodospadami,wodospadzikami i strumykami. 



Ścieżka momentami ostro wspina się po metalowych schodkach, ale jako że kocham wszelkie strome podejścia, nawet ciężar brzucha nie był w stanie zakłócić piękna chwili ;). Moja postura bywała jedynie sporym utrudnieniem podczas mijanek na wąskich ścieżkach i stopniach. Okoliczne skały przyjmują najróżniejsze kształty, które często budzą konkretne skojarzenia, zyskały więc nazwy, np: Kochankowie (dwa bloki złączone w miłosnym uścisku), Starosta i Starościna (monumentalne zwrócone ku sobie figury, ubrane w osiemnastowieczne stroje). 
Wędrując w tym surrealistycznym krajobrazie dochodzimy ostatecznie do miejsca, które zrobiło na mnie największe wrażenie - wysokie i wąziutkie pęknięcie między dwoma gładkimi, pionowymi ścianami, którędy to przeciska się nasza ścieżka. Jakoś zmieściłam się ze swym brzuchem, ale myślę, ze wiele bardziej postawnych osób w tym miejscu musiałoby zakończyć wycieczkę. 

Po męczącej wędrówce postanowiliśmy tradycyjnie wykorzystać fakt przebywania w krainie smażenego syra. W pobliskim Broumovie uraczyliśmy się ulubionym obiadem, zdążyliśmy jeszcze wstąpić do klasztoru benedyktynów, by obejrzeć kopię Całunu Turyńskiego i po całym dniu w Czechach wróciliśmy na naszą stronę granicy.