Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspinaczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspinaczka. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2015

Debiuty na skale

Nasz debiut wspinaczkowy w Jurze zapowiadał się jako trudne wyzwanie. Pita z powodu jakiegoś niedookreślonego focha odmówił uczestnictwa w tej wycieczce i postawił mnie przed wyborem: albo jadę sama z dziećmi, albo nie jadę wcale. Jako że nigdy łatwo nie odpuszczam, a z racji siódmego już miesiąca ciąży szanse na moje kolejne bezpośrednie spotkanie ze skałą maleją, zdecydowałam - JADĘ. W nieco marsowych humorach (trzykrotne zgubienie drogi na pewno nie pomogło) dotarliśmy do samego serca skałkowego regionu, wspinaczkowej Mekki - w okolice Rzędkowic. Dzięki obecności bardziej doświadczonych znajomych, każdego dnia przyjeżdżaliśmy na gotowe stanowiska, moje zerowe obycie w skałach innej opcji póki co nie dopuszcza. Mam nadzieję, że szybko się to zmieni, ale na razie jestem bardzo wdzięczna wyjazdowej ekipie.





Tym bardziej, że wspinanie rodzinne jest nam przeznaczone. Swoje pierwsze wejścia w skałach Franek i Róża wykonali brawurowo. Debiutowali na dosyć prostej drodze, na mało obleganej skale w Łutowcu. Wejście może nie bardzo wymagające, ale już tu trzeba było wykazać się wytrwałością w niezłomnym dążeniem do celu, pewną zwinnością, odwagą i przede wszystkim zapałem. Szczególnie Róża objawiła w pełnej krasie swój talent wspinaczkowy, którego przebłyski już wcześniej widziałam na Cruxie czy Warszawiance. Zapału zresztą nie brakowało nikomu. Nawet mała Łusia z zapałem pokonywała dostępne dla siebie dwa metry w górę ;) Natomiast starsze dzieciaki  kłóciły się o miejsce w kolejce do wspinania! Oczekując na swoje wejście uczestniczyły w pikniku pod ścianą, ganiały się, grały w piłkę, spierały i szalały.





Zachęcona łagodnością skały ja również zdecydowałam się spróbować czy w 30 tc da się jeszcze coś zawalczyć. Da się.




Choć następnego dnia, gdy wspinaliśmy się w mocno obleganych skałach Mirowskich (to samo miejsce odwiedzaliśmy zimą wędrując między zamkami w Mirowie i Bobolicach), musiałam uznać swą porażkę - moja własna sześcioletnia córka weszła tam, gdzie ja nie zdołałam. Cóż, i wydolność i psychika w ciąży już nie te same, a na osłodę swej mini porażki miałam piękną okolicę (do skał dochodzi się tu ścieżką, nad którą góruje malownicza sylwetka zamku w Mirowie) i dumę z dokonań dzieciaków, które zdały swój pierwszy egzamin w skałach, wykazując entuzjazm i wolę wspinania. To mi wystarczy by móc planować kolejne wspólne wyjazdy :).






piątek, 20 lutego 2015

Nasze własne Alpe Cermis

Nie mieliśmy tego dnia wiele czasu na aktywności na powietrzu, bo pokonanie czeskich ośnieżonych dróg, a szczególnie serpentyna do parkingu w Spindlerowej Boudzie zajęła nam sporo czasu. Mogliśmy więc po południu pobiegać na nartach wyłącznie w najbliższym sąsiedztwie schroniska PTTK "Odrodzenie" na Przełęczy Karkonoskiej, gdzie nocowaliśmy.

Co prawda znalazłem w internecie świetną trasę dla biegaczy o zachęcającej nazwie "Rówień pod Śnieżką", ale okazało się, że nie była ona na miarę naszych sił i umiejętności. Z mapy wynikało, że początek trasy zaczyna się niecały kilometr od schroniska, ale nie dopatrzyłem się, że większość tej odległości to strome podejście. Łudziłem się, że potem już będzie płasko - w pamięci miałem profil trasy - ale to było tylko złudzenie, nawet najmniejsze podejście dla początkujących biegaczy było mordercze. Róża dopiero uczyła się podchodzić jodełką, wlekliśmy się więc niemiłosiernie długo, bojąc się, czy nasza córka nie zsunie się przypadkiem ze stromego stoku, który trawersowaliśmy. Naszą ziemią obiecaną stało się niewielkie obniżenie terenu, gdzie dzieciaki mogły ćwiczyć kroki, zjazdy, wybicie na muldach. Mogliśmy się trochę pościgać, odpocząć, wygrzewać się w słońcu i podziwiać ośnieżone szczyty i bezśnieżną Kotlinę. Prawie nikt nie zakłócał nam tej sielanki.




Powrót do schroniska zapewnił nam wysoką dawkę adrenaliny. Zjazd pługiem z przyczepką narciarską był ciekawym doświadczeniem. Z trudem hamowałem, gdy przyczepka mnie pchała, a Łuśka musiała mieć śmierć w oczach. Na stromym stoku nie zdało niestety egzaminu ciągnięcie Róży na nartach za przyczepką, bo ściągała całą naszą karawanę jeszcze bardziej w dół. Za to Franek na Równi stał się biegaczem kompletnym - w mig pojął o co chodzi w jeździe pługiem, więc mógł zjechać pod samo prawie schronisko. Zrobił to jako jedyny, bo dziewczyny przerażone wizją zjazdu z nadmierną prędkością, zrezygnowały z tej przyjemności, zanim zaczęły zjeżdżać, a mi od płużenia rozwaliły się buty, więc jak niepyszny zdjąłem narty i zbiegłem w dół.



Po atrakcjach zewnętrznych, przyszedł czas na schroniskowe, z których największą dla nas, choć przez innych najmniej obleganą, była ścianka wspinaczkowa. Każdy członek rodziny spróbował swoich sił. Co prawda dzieciaki weszły znacznie wyżej niż ja, ale za sukces poczytuję sobie to, że się nie zniechęciłem i nauczyłem się asekuracji górnej.