środa, 26 maja 2010

Atrakcje z innej epoki

Chociaż (tfu, tfu) deszczowe weekendy już za nami, opowiem jak spędziliśmy jeden z takichże, a konkretniej przedostatni. Zimna i ponura sobota nie zachęcała do atrakcji w plenerze, ale chłopcy byli uparci. Franek zaopatrzył się w cały dostępny w jego zbrojowni rynsztunek - miecz, tarczę, hełm oraz pancerz i ruszyliśmy "Ku Grunwaldowi".





Dotarliśmy w samą porę, bo oto zaczynała się bitwa. Polacy prezentowali chorągwie, a Krzyżacy nieśli dwa nagie miecze. Co prawda niewiele słyszeliśmy z dyskusji z Jagiełłą, bo wcześniej skutecznie ogłuszono nas strzałami armatnimi, ale historia to znana, więc rozwój akcji nas nie zaskoczył. Po inscenizacji rozochocony Franek sprowokował do walki rywala swej kategorii wagowej. Obaj mieli dużo satysfakcji z potyczki i co najważniejsze każdy z nich czuł się zwycięzcą :)


Następnego dnia, równie deszczowego co poprzedni, postanowiliśmy odświeżyć dzieciakom prehistorię. Wybraliśmy się do Muzeum Ewolucji. Kusiły nas tam wielkie szkielety, które okazały się jednak nie takie wielkie. Ale Franek z radością rozpoznał szkielet swego gumowego dinozaura z Bałtowa. Dzieci fascynowały nawet wypchane truchła zwierząt, które na nas robiły dość smętne wrażenie. Muzeum zdecydowanie należy do obiektów z zeszłej epoki, jedynym elementem aktywizującym zwiedzających były tabliczki z odlewami tropów zwierząt, które można było próbować rozpoznać. Hm, może jeszcze akwarium z żywymi piraniami uznałabym za eksponat niestandardowy. Muzeum Ewolucji daje jednak dzieciakom szansę stanięcia twarzą w twarz z rysiem, pancernikiem, dziobakiem, pelikanem i innymi płochliwymi zwierzętami. Na deszczowy dzień atrakcja jak znalazł.


wtorek, 11 maja 2010

Jak Łysica i Łysiec rozłączeni


Oto relacja z ostatniego dnia wyjazdu.
Pierwszy szczyt z Korony Polski Róża zdobyła (cóż, że niesiona prawie cały czas w nosidle), wszak niektórzy w ten sposób idą w Himalaje, a i dziećmi nie są. A było to tak.

Najpierw Franio musiał dostać choroby wysokogórskiej, bo jak tylko zobaczył góry rozbolał go brzuszek, co skutecznie uniemożliwiło mu sforsowanie stromej ścieżki w gęstym lesie. Ale za to mógł sobie smacznie drzemać w nosidełku. Nie ominęły go niesamowite widoki, bo takich przy wejściu na Łysicę nie ma. Nawet gołoborze to zbyt mała przecinka, by zobaczyć coś więcej niż chmury nad jodłami. Róża pewnie nie zajarzyła, że wspięła się na wierzchołek, bo niczym się on nie wyróżniał spośród innych punktów na grani. Gdyby nie to że mieliśmy oboje z Just nasze słodkie ciężary na plecach, wycieczka niczym by się nie różniła od wyprawy na roztoczańskie wzgórza :0.




Natomiast druga wycieczka z tego dnia urzekła nas i gołoborzem i opactwem. Może Święty Krzyż to nie Monte Cassino, może to nie ta skala, nie ta groza miejsca, ale i tak z daleka zabudowania klasztorne prezentują się imponująco, a i z bliska trudno odmówić im szczególnego piękna i niedostępności. Oczywiście widok jest spsuty przez wieżę telewizyjną, ale to ona też ułatwia znalezienie samego szczytu i wypatrzenie klasztoru zawieszonego wśród chmur. Gołoborze na Łyścu (Łysej Górze) przystosowano do najazdu turystów, którzy mogą je podziwiać, stojąc na ogromnej metalowej platformie widokowej. Akurat jak tam byliśmy rozeszły się mgły, zaświeciło słońce, więc widok na okolicę zrekompensował nam wcześniejsze pochmurne dni.



Tak więc na koniec połączyliśmy jednego dnia Łysicę oraz Łyśca i bez problemów wróciliśmy do domu, gdzie do dziś jako najlepsze zabawki królują dinozaury zakupione w Bałtowie.

poniedziałek, 10 maja 2010

Mury w Muzeum Raju

Dzień drugi. Jaskinia Raj-Chęciny-Tokarnia-Kielce.

Nagromadzenie atrakcji w jednym miejscu zdecydowanie większe niż w Bałtowie. Tym bardziej, że tu królowały autentyki. A więc odległość z Jaskini Raj do zamku w Chęcinach wynosiła nie więcej niż 5 km, a z tamtejszej wieży obserwacyjnej było wręcz widać chałupy w skansenie w Tokarni.




Ale zacznijmy od tego, że niespodziewanie udało nam się wejść do jaskini. Bo na tydzień wcześniej nie znalazło się żadne wolne miejsce, aby je zarezerwować. Tak więc zgodnie z radą przyjechaliśmy wcześnie, i skorzystaliśmy z tego, że ktoś nie dotarł. Sama jaskinia - nie za duża - mocno zmieniona, by otworzyć tam ruch turystyczny, ale imponująca przez liczbę wystających z sufitu stalaktytów. Franio co prawda bał się ciemności, a Róża nie zważając na protesty rodziców nurzała ręce w wodzie zbierającej się jakby na ryżowych tarasach, ale oboje mieli okazję (i zabawę) zgasić światło w jaskini. Dzięki czemu cała gromadka turystów mogła obcować, choć przez chwilę z absolutną ciemnością.
Trudno mi ocenić, czy rzeczywiście ta jaskinia jest najwspanialszym naturalnym cudem Polski, bo brak mi punktu odniesienia, musimy więc zeksplorować jeszcze kilka jaskiń, by docenić walory Raju. Niesamowity był dla mnie natomiast kontekst. Ta perełka nie znajdowała się w romantycznym krajobrazie pełnym dziwnych skalnych kształtów, dzikiej przyrody, tylko pod małym skalistym wzgórku, pośrodku jak najbardziej swojskiego, mazowieckiego sosnowego lasku.

Co do Chęcin trudno się wypowiadać. Zamek jakich wiele, mimo że przechadza się po nim duch. Najlepiej prezentuje się z daleka. Frankowi podobał się chyba najbardziej z naszej czwórki, ale i tak nie zaliczył go do największych atrakcji wyjazdu. Wciąż jesteśmy napaleni (obaj z Francikiem) na Krak de Chevaliers, ale z drugiej strony jak go zobaczymy, to tylko Malbork wywoła w nas efekt ŁAŁ.

W skansenie w Tokarni nas rasowych (fachowych i w ogóle) specjalistów etnografów nic specjalnie nie zachwyciło. Może poza domostwem wiejskim, które miało wewnętrzny dziedziniec, bo stodoła, chlew i stajnia stanowiły 3 pozostałe boki czworokąta. Ciekawość naszą wzbudził też dwór szlachecki z drewna, lecz podmurowany (Frania natomiast poruszył fakt, że trzeba było tam założyć kapcie). A najbardziej przejście od części reprezentacyjnej, która wyglądała rzeczywiście wyrafinowanie do części służebnej, niczym nie różniącej się od chałupy chłopskiej.


Na koniec pełnego dnia wrażeń upewniliśmy się, że miasto Kielce, nie jest interesującym wielce.

wtorek, 4 maja 2010

Dinozaury z epoki krzemienia (pasiastego)

Z całego naszego (trzydniowego) wyjazdu w Świętokrzyskie atrakcje pierwszego dnia podobały się Franiowi najbardziej. Co do Róży, to nadal trudno powiedzieć.

Zaczęliśmy od neolitycznej kopalni w Krzemionkach, by dwanaście metrów pod ziemią ukryć się przed ulewą. Rezerwat archeologiczny chlubi się tym, że ślady działalności ludzi są tu starsze niż piramidy egipskie i trzeba przyznać, że powód do chwały jest, choć nie taki jak reklamowany. Otóż niesamowitość kopalni według nas polega na tym, że wzdłuż korytarza wykutego specjalnie dla turystów widać całą "żyłę" krzemienia. Tyle że nie jest ciąg kamienia, tylko pojawiające się od czasu do czasu w bieli wapienia półmetrowe czarne otoczaki (buły), z których 5 tysięcy lat temu wyrabiano siekiery i noże. Szczególnie te obłe kamienie przypadły do gusty Różyczce - chciała sobie z nich zrobić drążek.


Ale zanim zeszliśmy pod ziemię mieliśmy okazję przejść się ponad polem kraterów (jest ich w Krzemionkach ponad tysiąc), stanowiących resztki po kopalniach odkrywkowych. Krajobraz byłby zaiste księżycowy, gdyby go nie porastały swojskie sosny i jarzębiny. Jedna taką "odkrywkę" zrekonstruowano, by unaocznić jak ciężką pracę mieli neolityczni górnicy, którzy swoje najnowocześniejsze ówcześnie narzędzia sprzedawali poza granice dzisiejszej Polski. Pod powierzchnią prócz wspomnianego wyżej korytarza dla turystów istnieją również inne udogodnienia dla odwiedzających. W autentycznych nie za wysokich wnętrzach kopalni,w których człowiek sprzed pięciu tysięcy lat musiał się czołgać, turysta może chodzić z podniesionym czołem. Nie zgubi się też w labiryncie, bo współczesny chodnik służy też za szlak.

Dzieciakom najbardziej spodobały się figury brodatych górników. Z jednej strony przerażały, a z drugiej jakoś zhumanizowały wnętrze.



Tu wpis się urywa ... blogger nie zapisał moich wynurzeń o Bałtowie, więc tylko zdjęcia będą świadczyć, jak dzieci się rewelacyjnie bawiły - ucząc się, albo uczyły się - bawiąc! Franciszek był tylko lekko rozczarowany, że więcej eksponowanych dinozaurów pochodziło z Ameryki Północnej, a nie z Południowej, jak by wolał.






piątek, 23 kwietnia 2010

Debiut

Już za chwileczkę, za momencik nasze pierwsze opowieści z podróży na forum bardziej publicznym niż przyjacielskie :)
W tę sobotę o 15.30 zapraszamy do Magicznej Dziupli - niezwykłego miejsca dla rodziców i dzieci, gdzie będziemy opowiadać o naszych wyjazdach. Będą zdjęcia (głównie z Indii), ciekawostki i trochę porad na wspólne rodzinne podróże. Można będzie jak zwykle w Magicznej Dziupli wykonać też coś samodzielnie - przewidziane są rękodzielnicze zmagania.

Do Magicznej Dziupli zapraszamy nie tylko wtedy, gdy my tam będziemy. Warto odwiedzić to miejsce już w niedzielę (odbędą się warsztaty muzyczne) oraz w inne dni, bo tam naprawdę wiele się dzieje.

Magiczna Dziupla
ul. Lawinowa 5b (mapka dojazdu)
04-846 Warszawa

sobota, 6 marca 2010

Z Kulką i Kulkiem przez Polskę

Aura niestety nie zachęca do wyjazdów. A wewnętrzne parcie na podróż już nas rozpiera. Franek co i rusz stwierdza "ja chcę jechać do Brazylii", następnego dnia znienacka "Do Rosji chcę i Ukrainy". A tu na bilet lotniczy (nie mówiąc również, że i na benzynę) pieniędzy brak, samochód niesprawny, więc możemy podróżować tylko w marzeniach. A dzięki Ministerstwu Kultury również wirtualnie ..



Minister Kultury przypomniał nam niejako, że w wychowaniu młodego żądnego poznania całego świata podróżnika, nie można pominąć Polski. Nasze travelitki mogą teraz w Toruniu piec (tzn. mieszać składniki, wycinać, wkładać do pieca, lukrować) pierniki, w Zakopanem odkrywać w Giewoncie śpiącego rycerza i ubierać górali w stroje ludowe, w Łodzi projektować tkaniny, w Krakowie - pokonując labirynt - przemykać się koło wawelskiego smoka, w Białymstoku uczyć się języka esperanto, a we Wrocławiu składać puzzle z Panoramą Racławicką. A ta lista nie wyczerpuje wszystkich gier (Róża na przykład uwielbia zabawę, polegającą na wypatrywaniu myszek pragnących pożreć Popiela), które zachęcają dzieci, by wejść na stronę i przy okazji dowiedzieć się kim są lajkonik, warszawska Syrenka, Kopernik i Chopin. Polecamy!

www.kula.gov.pl

wtorek, 9 lutego 2010

Strażak Fram

Dziś w ramach walki z otaczającą nas biało-szarą beznadzieją, postanowiliśmy dodać naszym żywotom więcej czerwieni. A całkiem nieoczekiwanie Muzeum Pożarnictwa okazało się miniaturowym strażackim przedszkolem, gdzie młodzi fascynaci sikawek i pomp mogli się przebrać za swoich idoli, "jeździć" strażackim melexem, dzwonić dzwonkami, trzymać toporki i węże, drzeć się w niebogłosy, ku uciesze tatusiów dzierżących aparaty.


niedziela, 7 lutego 2010

Wychowanie olimpijczyków

Bezrobocie nie sprzyja podróżom z dziećmi, zatem na razie próbujemy pokazać im jak niesamowite jest bieganie na biegówkach, by czym prędzej szły w ślady Justyny Kowalczyk.



Niestety standardowe sanki trochę zarzucają i dzieciaki zaliczały czasem upadki, gdy tata za bardzo się rozpędzał. Najlepiej poszerzyć płozy (szerokość nart pewnie wystarczy). My może wprowadzimy te zmiany za rok, na razie wyprawy saneczkowo-biegówkowe były spontaniczne i nie dopracowane :)

wtorek, 19 stycznia 2010

Sikhijski karnawał


Dzisiaj tylko dwie ciekawostki, które oczywiście są echem podróży (to się nigdy nie skończy :)).

Wczoraj Franek miał pierwszy bal karnawałowy (oczywiście przebierany). Zażądał przebrania Sikha. Pomijam fakt, że pani w przedszkolu, gdy spytała się dzieci za co się przebierają, nie zrozumiała odpowiedzi Frania, bardziej martwi mnie, że efekt końcowy moich zmagań ze szmatami może przypominać strój taliba... Ewentualnie Sindbada.


Druga sprawa to niepozorny dialożek, który skłonił nas (rodziców) do refleksji nad przewrotnością dziecięcego umysłu już od wczesnego dzieciństwa.

Franko bawił się samochodami.
- wiii, bruuuu itd. iiiiiiiiii! Mamo, on przejechał na czerwonym świetle!
- To nie dobrze, chyba dostanie mandat?
- Ale to jest w Indiach!

Wiadomo, w Indiach można :)

środa, 25 listopada 2009

Palcem po mapie - post scriptum

Powyższa mapa przedstawia całą naszą trasę. Należy ją czytać tak:
Delhi - tu wylądowaliśmy i się zszokowaliśmy, dalej ruszyliśmy do
Amritsar - miasto Sikhów ze złotą świątynią na jeziorze, która tak zapadła Frankowi w pamięć
Shimla przez Chandigarh - miasteczko skąd widać Himalaje. Tam mieliśmy Kamasutra room, tam spotkaliśmy małpy i stamtąd wracaliśmy kolejką
Agra przez Delhi - Taj Mahal, Fort, Fatehpur Sikri
Ranthambore - tu nie zobaczyliśmy tygrysa
Jaipur - fort Amber, dokąd wjeżdżaliśmy na słoniu, Pałac Wiatrów, różowe miasto
Pushkar - tu zaliczyliśmy przejażdżkę na wielbłądach i wielki szoping
Mumbaj przez Ajmer - zabytki kolonialne i wyprawa na Elefantę
Goa - Mała Brazylia, plażowanie i zabytki Old Goa
Karla przez Mumbaj - buddyjskie jaskinie wykute w litej skale
a stąd przez Mumbaj do Warszawy.
Wyrównaj do środka

wtorek, 24 listopada 2009

Dzień ostatni

Ten dzień był niezwykle forsowny - na szczęście poza krzykami i stresem - nie odbił się on na naszym zdrowiu. Zaczął się on w autobusie AC, gdzie największy problem stanowiła właśnie klimatyzacja. gdyż nasze leżące ciała raz się pociły, a raz dygotały z zimna. Mimo że nie przyjechaliśmy do Bombaju rano - a raczej bliżej południa - postanowiliśmy zrealizować plan zwiedzenia namiastki tego, czego nam się najbardziej nie udało podczas tej podróży zobaczyć czyli jaskiń sprzed dwóch tysięcy lat wykutych przez mnichów buddyjskich. W planach mieliśmy zwiedzenie tych najwspanialszych - umieszczonych na liście UNESCO - Ellory i Ajanty, ale z wiadomych względów musieliśmy wybrać coś bliższego. Padło na odległe o 100 km od Bombaju jaskinie w Karli i Bhaja. 



I tu właśnie zaczynają się schody. Bo w Indiach przebycie takiego dystansu trwa ... A tu samolot w nocy! Nerwy czy będzie czym wrócić z małej mieściny przyczepionej do highwayu, czy nie odleci nam samolot, czy też w końcu dotrzemy do tych jaskiń za dnia ...

Wiele stresów, których poziomu wcale Hindusi nie starali się zmniejszyć. I cały dzień w różnych środkach lokomocji ... Dzień nie należał więc do łatwych, tym bardziej że na samym początku zepsuła nam się wysłużona spacerówka (ułatwiała nam już wyjazd do Meksyku). Najbardziej zrozpaczony oczywiście był Franio, bo podczas wyjazdu całkowicie uzależnił się od wózka i tylko by jeździł na nim. A tu taka strata! My jakoś pozwalaliśmy mu na takie przejażdżki, bo wtedy czuliśmy, że nigdzie nam nie ucieknie i nie stosowaliśmy misiów-wzywaków i opasek. 


Ale i tak w jaskiniach wózek by się nam nie przydał, bo zostały wykute dość wysoko w górach i trzeba się było do nich wspiąc po schodkowej drodze. W każdym razie trudy się opłaciły. Jaskinia w Karli (tak naprawdę ogromna wykuta w bazalcie świątynia buddyjska z pięknie wyrzeźbionymi kolumnami oraz stupą) okazała się warta zobaczenia nawet gdyby stanowiła jedyne miejsce do zwiedzenia. Tam też nasze dzieci siedziały sobie na liczących dwa tysięce lat słoniowych trąbach, a na takie sceny patrzyły liczne wizerunki Buddy i bodhisathwów.


Drugi kompleks jaskiń nie porażał swoim ogromem, ale w promieniach zachodzącego słońca przypominał nam wykute klasztory w Kapadocji. Potem pozostało już nam tylko zjeść obiad i nie spóźnić się na samolot, co się nam niezwykle udało.

Na lotnisku spotkaliśmy natomiast tłumy muzułmanów zapewne udających się do Mekki z pielgrzymką. W lotniskowej toalecie oddawali się ostatnim oblucjom, zakładali na siebie na gołe ciało wielkie ręczniki i modlili się ukazując części ciała, których nie będę tu opisywał. Tak więc końcówka była równie egzotyczna. Potem już tylko Paryż, pusta Warszawa ... Ale to nie jest ostatni wpis, jeszcze chcemy się podzielić podsumowaniem i mapką. Więc CDN ...

sobota, 21 listopada 2009

Lizbona Wschodu

Dziś krótko, bo piszę czekając na autobus do Bombaju. Zaczęliśmy dzisiejszy dzień znów od plażowania. Było jeszcze milej niż wczoraj, bo temperatura rano nie sięgała jeszcze zabójczych wyżyn 35 czy więcej stopni. Było znośnie, a morze ciepłe. Potem przenieśliśmy się do Old Goa, czyli tego co pozostało z portugalskiej kolonii. Przede wszystkim chcieliśmy odwiedzić kościół, w którym są relikwie św. Franciszka Ksawerego czyli patrona naszego Franka. Niestety mogliśmy zobaczyć tylko sarkofag, bo relikwie wystawiane są na widok publiczny raz na 4 lata. Nie teraz. 
Wyganiają mnie, więc napiszę tylko, ze Stare Goa to dopiero Brazylia - jak misje w głębi południowoamerykańskiej dżungli. Ale zdjęcia dopiero po powrocie. Pa

piątek, 20 listopada 2009

Mała Brazylia

Dotarliśmy do mekki hipisów czyli na Goa. Dojechaliśmy tutaj bardzo przyjemnie - autobusem typu sleeper. Nauczeni doświadczeniem spodziewaliśmy się rozkładanych foteli, ewentualnie z podnóżkami typu bus cama z Peru, a tu okazało się, że tutejsze sleepery mają platformy do spania - łóżka prawie! Co więcej takie platformy przeznaczone są dla dwóch osób, można więc spędzić noc obok śmierdzącego wieśniaka z Punjabu lub też obok ponętnej i pięknej Hinduski. Z dzieciakami nie było super wygodnie, ale i tak bardziej luksusowo niż się spodziewaliśmy.

Jesteśmy wiec na Goa. To nie są Indie. To jest Mała Brazylia! Czerwone dachówki na dwuspadowych dachach, białe domy porozrzucane wśród zieleni (tu na ulicach rosną rośliny u nas doniczkowe), wszędzie klimat maniany, kościoły i wizerunki świętych, Chrystusa, nawet w naszej kafejce inter. Miło odpocząć od Śiwy i Ganeśi. Plaża tu bardzo przyjemna, woda cieplutka, ale bądźmy szczerzy, do plaży w meksykańskim Tulum się nie umywa. Jednak nie jesteśmy na najpiękniejszej plaży Goa (ta była za daleko), a i tu odpoczywamy w swobodnym klimacie pod palmami.







Wczorajszy dzień spędziliśmy natomiast na wycieczce do jaskiń Elefanty. Frankowi oczywiście najbardziej podobała się przepływka łodzią. Nam natomiast rzeźbione jaskinie hinduistyczne i Bombaj z wody.









Na koniec jeszcze bajka Franka, jaką opowiedział mi Franek na dobranoc. Jest dowodem na to, jak bardzo podróż wpływa na jego świadomość :) Bajka miała być o krokodylach.
"Krokodyle mieszkały w jeziorze, a było to święte jezioro. Ze świątynia na środku. Ze złotą świątynią, jaką widzieliśmy. I Sikhowie chcieli się kąpać w jeziorze, ale bali się krokodyli. A krokodyle nie wychodziły z jeziora, bo bały się ludzi, że je złapią. Jadły tylko ryby i siedziały w jeziorze". Dodatkowo Franek ciągle zakłada sobie różne ciuchy na głowę i mówi, że ma turban jak Sikh.

A na całkowity koniec zaległe zdjęcie na słoniu.

środa, 18 listopada 2009

Zabombowani w Bombaju




Największym dzisiejszym sukcesem było to, że bez najmniejszych ofiar przetrwaliśmy osiemnastogodzinną podróż pociągiem-widmem (nawet nie pojawił się na rozkładzie, ani nijak nie był anonsowany podczas wjazdu na dworzec). Spało się wyśmienicie w towarzystwie zaturbanionych: Sikha i radżastańskiego wieśniaka. A potem miło nam się leżało na naszych najwyższych łóżkach i drzemało, podczas gdy przekraczaliśmy zwrotnik. W Bombaju straszny upał. W dodatku mieliśmy na starcie ciekawą przygodę. Wzięliśmy taksowkę - ku wielkiemu rozczarowaniu Frania, który liczył na to, że będą tu jeździć niebieskie riksze, a tu nie ma rikszy w ogóle (podobnie jak krów) - i wsiadło z nami dwóch taksówkarzy. Nie chcieli negocjować kwoty, tylko aby kwota wynikała z taksometru (ale tu się pojawia pierwsza przeszkoda, taksometr pokazuje znacznie mniejszą kwotę pewnie sprzed kilkudziesięciu lat - same taksówki też chyba pamietają odpłynięcie Brytyjczyków - więc są specjalne tabele, przeliczające sumę z taksometru na realne rupie. Jedziemy więc sobie strasznie wolno, w korku, gorąc do tego, podejrzewając taksówkarzy o jakąś machloję. Ja spodziewałem się, że pojadą kompletnie naokoło, wiec wpatrywałem się uporczywie w mapę. Umknęło mi więc jak tu nagle ni stąd ni zowąd pojawiła się na taksometrze z przodu cyfra 2, znacznie zwielokrotniająca wartość rachunku. Pewnie uszło naszej uwadze, jak ten dodatkowy taksówkarz za gazetą, którą trzymał rozłożoną, sięgnął do taksometru, który znajduje się na zewnątrz samochodu i coś przestawił. W końcu się zatrzymaliśmy. Panowie pokazują tabelkę - wychodzi 550 rupii. Tyle ile normalnie byśmy wydali przez 3 dni na różne środki lokomocji na znacznie większych dystansach. My oczywiście, że to oszustwo i możemy dać co najwyżej 200. Po bardzo wielu grymasach skończyło się na 220. W podróży trzeba mieć oczy naokoło głowy.
Kolejną ciekawą sprawa jest hotel, do którego dotarliśmy. Najpierw pozytywy: widok z okna na port, najlepsza (choć wspólna) łazienka, jak do tej pory. Negatywy: hotel to piętro w domu i pokoje to 10m2 boxy z 3 metrową ścianą oddzielającą od kolejnego boxu. Nie muszę chyba dodawać, że ponad tą ścianką jest jeszcze mnóstwo miejsca do sufitu.
Mumbai w każdym razie robi wrażenie. Brytole zostawili tu tyle majestatycznego neogotyku, że nawet wydaje się wszystko czystsze i bardziej europejskie. Jutro w każdym razie żegnamy Mumbai i będziemy witać się z Goa.
Wczoraj mieliśmy relaksacyjny dzień w mieście Ajmer. Widzieliśmy kilka zabytków, a także super mogolskie pawilony nad jeziorem.


A i jeszcze chciałbym dodać, że nasz hotel znajduje się niedaleko wszystkim pewnie znanego hotelu Taj Mahal.