czwartek, 5 września 2019

Żywy skansen


W Maramureš etnograf nie musi niczego szukać. Ma wszystko podane jak na talerzu. Wisi to wszystko na stodole, chodzi po ulicy, stoi przy drodze. Wystarczy wejść w boczną uliczkę takiego Budešti, a tu wiszą- drewniane sanki, kosze, brony na ścianie, a jakże! - drewnianej chałupy, która jedynie eternitem kryta, ale poza tym jak należy- cała zrębowa, z gankiem i okiennicami. Wystarczy że w niedzielę przejedzie się przez te Budešti, a tu proszę- spacerują dwie babeczki w strojach może nie haftowanych, ale jednak - szerokie spódnice stosownie ciemne, chustki na głowie, kapotki odpowiednie. A za nimi drepce dziadek z budeštańskim słomianym  kapelusikiem z tasiemką na głowie. Idą sobie do drewnianej cerkwi z XV, XVI, XVII - go wieku, których dziesiątki rozsiane są po Maramureskich wzgórzach i dolinach. Spokojnie przejdą obok drewnianych, bogato rzeźbionych bram, broniących wstępu do gospodarstw. Tę sczerniałą z płaskorzeźbą przedstawiającą scenkę z życia wiejskiego postawił sąsiad, jeszcze w '82, a ta gigantyczna, okazała, jeszcze jaśniutka, jakby miodowa, stanęła ledwie 2 lata temu - wnuczek postawił by zachęcać turystów do noclegu w jego pensjonacie. 


 

Niestety, jeśli etnograf zabierze ze sobą dzieci, te zapewne nie docenią wszechobecnego folkloru i wyśmieją zachwyt nad drewnianą chałupą czy plecionym płotem. Jak to zrobiły nasze. Nie wzruszały ich również wysmukłe, drewniane cerkiewki z wybitnie ludowym sznytem - wnętrza zdobione plecionymi dywanikami i święte obrazy przybrane w haftowane ręczniki przywodzą na myśl wystrój paradnej izby lokalnej chałupy. Jak się nieco później okazało, dużo większe wrażenie mogły u młodzieży wywołać malowane cerkwie. Nasze natomiast gusta były zaspokojone cudami drewnianej architektury, czy to starych cerkwi w Budesti, Breb, Surdesti, czy nowego kompleksu monasteru Barsana. Znalazło się jednak też coś dla wybrednych i marudnych małych turystów - hit regionu, czyli wesoły cmentarz w Sapancie.

 

Czy cmentarz jest rzeczywiście wesoły? Stwierdzić by to można gdyby się znało choć trochę rumuński (który to język jest bardzo zaskakujący- niby romański, ale melodia jakby słowiańska, a i słów tyle zapożyczonych-i z węgierskiego i od południowych Słowian... Tak wiele jak potraw z tych samych źródeł w rumuńskiej kuchni), by przeczytać rzeźbione, ponoć zabawne wierszyki -epitafia. Nas rozbawić mogły tylko obrazkowe wersje i radosne kolory nagrobków. Ale to i tak wiele! Jakże inny klimat panuje na takim wielobarwnym, drewnianym cmentarzyku niż na szarym, kamiennym! Tu leży nauczyciel, tam aptekarz, a tu striptizerka. Wszyscy oni otoczeni tłumem gospodyń domowych i pasterzy. Kolorowe, proste przedstawienia, doskonale trafiające do ludowej i dziecięcej wrażliwości - zupełnie jak ikony w tutejszych cerkwiach - przemawiają obrazem.




Piękno Maramures polega jednak przede wszystkim na tym, że ludzie swoje skansenowe wioseczki rozrzucili wśród pagórków, dolin i całkiem pokaźnych gór. Przemierzając ten region co prawda jedziemy często z duszą na ramieniu, gdy serpentyny drogi wiją się przesadnie i zbyt gęsto, ale też w nieustannym zachwycie, bo ze splątanej drogi roztaczają się cudne widoki. Skusiło nas to by wyrwać się na trekking, a góry nie przepuściły tej okazji by pokazać nam zarówno swe piękne, jak i groźne oblicze. 

czwartek, 21 marca 2019

Siwa Dolina

Wybiegam ze tomaszowskiego stadionu w ciemny las jako pierwszy na dystans pięciu tysięcy metrów. Tłum wiwatuje, a ja mijam tablicę z rozgałęzieniami tutejszych szlaków. Byle nie pomylić drogi, byle nie pomylić drogi. A teraz łyżwą po dość płaskim terenie. Miarowo, w rytmie, noga za nogą. Trasa dobrze oznaczona, ale ciągle się waham, czy dobrze skręcę? Nie ma organizatorów na trasie, poprzestali na wysłaniu ratraków przed zawodami. Nie ma co o tym myśleć, po kilometrze zaczynam długi zjazd. Byleby nikt mnie nie wyprzedził na zakręcie. Zakręt w lewo, zakręt w prawo i już wyjeżdżam na otwartą przestrzeń. To ta Siwa Dolina. Wypłaszczona i wydłużona biała przestrzeń, a po dwóch stronach na przeciwległych stokach - las. Wygląda to jak rzymski hipodrom, ale czasu brak na te rozmyślania. Teraz kawałek po płaskim i zaraz zacznie się kolejny podbieg. Tym razem organizatorzy się nie postarali, wszyscy zawodnicy brną w kopnym śniegu, lecz ja na początku mam najgorzej. Nie dość, że stromo, to narty się zapadają. A potem zjedź z takiej góry. Pęd, a tu jedna gałązka może zaprzepaścić lata przygotowań. Ufff, znów jestem na dole. Znów Siwa Dolina. I znów pod górę. Nie ma czasu aby odpocząć, bo przecież zjazd to też walka o życie, a nie chwila relaksu. I ponownie hipodrom, sto metrów szybkiej przebieżki po płaskim i kolejny podbieg, zjazd i podbieg. Już nie mogę. Wreszcie dość płasko, a nawet nieznacznie w dół. Rozpędzam się, mijam kolejne rozgałęzienia. I co to? Tak stromy zjazd? Krawędzie ledwo wytrzymują, jeszcze chwila i kolana nie wytrzymają. Ledwo nie wpadam w jakąś latarnię, a tu kolejna niespodzianka. Taki sam stromy podbieg. Nie, podbiegiem nie można tego nazwać, ale spinam się, to już ostatnie metry. Wbiegam na stadion, ledwo dyszę, tłum wiwatuje, polskie flagi łopoczą, już zaraz, zaraz, będzie Mazurek Dąbrowskiego, jeszcze kilka krooooków, jeeeszzczeee jeeedeen i jeeeeesszczeeee jeeedeeeen, coś mnie spowalnia, już ledwo się ruszam, odwracam się, bo zaraz mnie wezmą, tuż przed metą, odwracam się i widzę, dlaczego już ledwo ciągnę, dlaczego nie mam sił ...

... to Ninka w przyczepce narciarskiej, a za nią cała reszta naszej rodziny podziela moje zdanie, że Tomaszów Lubelski to mekka dla narciarzy biegowych (zwłaszcza dla tych, którzy mają zacięcie sportowe czy zawodnicze).