Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowiec. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 sierpnia 2013

Dzień kontrastów

Tym razem to nie był mój pomysł na wycieczkę. Ja planowałem prawdziwą (innymi słowy morderczą) rowerowo-górską wspinaczkę z okolicach Soliny, ale na szczęście szybko dałem się Juście przekonać, że najbardziej wysunięty skrawek Polski wart jest odwiedzin. Tym bardziej, że poprowadzono tam jedyną w Bieszczadzkim Parku Narodowym trasę rowerową. Sam dojazd do miejsca rozpoczęcia właściwej wycieczki był niezwykle ciekawy i malowniczy, bo za szybami samochodu ukazywały się po jednej stronie połoniny z Haliczem i Krzemieniem na czele, a po drugiej pomniejsze ukraińskie szczyty i meandrujący San. Najpierw szosa (z początku asfalt z ubytkami, potem droga szutrowa) wiodła kilkanaście kilometrów przez bezludne pustkowie, gdzie wśród nieprzebytych borów, torfowisk, łąk pozostałych po wysiedlonych wioskach, królowali drwale. W końcu dotarliśmy do byłej wioski Bukowiec, gdzie obecnie umiejscowiona jest najdalej wysuniętą placówkę BdPN, w której pracownicy sprzedający bilety muszą się czuć jak na zsyłce. Nie ma tam tłumów, tylko pojedynczy turyści, a wokół wilki, niedźwiedzie i rysie.


Trasę rowerową poprowadzono mocno wyekspoatowaną asfaltową drogą. Franek już od pierwszych metrów podjazdu zaczął narzekać na dziury i luźno leżące fragmenty nawierzchni. Tego dnia miał zdecydowanie mniejszą motywację, bo pozwoliliśmy Róży wymościć sobie miejsce w przyczepce. Po pokonaniu niecałych czterech kilometrów, szlak zboczył z szosy na polną drogę pośród łąk i prowadził dalej  do cmentarza - jedynej pozostałości po wsi Beniowa. Musiała ona być dość spora, zważywszy na wielkość nekropolii, położonej kilkadziesiąt metrów od - biegnącej na Sanie - granicy. Niesamowity spokój i ciszę zakłócił tylko wesoły gwizd ukraińskiego pociągu zmierzającego pewnie ze Lwowa do Użhorodu, co zburzyło nasze mniemanie, że jest to najbardziej oddalone od siedzib ludzkich miejsce w Polsce.





Nie był to oczywiście koniec przygód. Bo na naszej drodze powrotnej stanął potok, który pokonaliśmy idąc po kamieniach, bo mostek był na przyczepkę za wąski. Niestety w korycie strumienia zaczynał się kolejny morderczy podjazd. Po raz drugi Franek wpadł w histerię, która przeszła dopiero, kiedy zobaczył jak długi zjazd czekał go w nagrodę za podjęty trud.




Nie chciałem opuszczać tego magicznego miejsca.  Na pewno tu wrócimy, tym razem pieszo, by dojść do źródeł Sanu i na sam szczyt trójkąta koło przełęczy Użhockiej. Ale nawet sama powtórka z rowerami by wystarczyła, jako że trudno zapomnieć o tym bezgranicznym spokoju, dzikiej niezmąconej przyrodzie, widokach na majestatyczne szczyty, poczuciu samotności i zupełnego odcięcia od cywilizacji (oczywiście celowo pomijam pociągi). Zdjęcia niestety tego nie oddadzą.

   
W sumie z rowerowym przejazdem uwinęliśmy się bardzo szybko, bo pętla Bukowiec - Beniowa - Bukowiec miała około ośmiu kilometrów. Mieliśmy więc sporo czasu, by ochłodzić się w Zalewie Solińskim. Wybraliśmy (mulistą jak się okazało) zatokę w miejscowości Chrewt, by potem pojechać na przechadzkę po zaporze. Kontrast z Beniową był porażający, bo Solina powitała nas tłumem na deptaku, swądem zapiekanek, przekleństwami przechodniów, badziewnymi pamiątkami na straganach... Spokój ducha częściowo odzyskaliśmy, dopiero zwiedzając o zmroku cerkiew w Równi. Mimo późnej pory, była to jedyna świątynia na tym wyjeździe, do której udało się nam wejść. W dodatku zostaliśmy oprowadzeni i pozwolono nam wejść na chór przez małe (niczym dla krasnoludków) drzwiczki . Nasz przewodnik tłumaczył, że wyższe przejście psułoby architektoniczną bryłę trzech niezależnych kopuł.
Tego dnia to się działo!