środa, 24 sierpnia 2016

Karabakh

Pojechać do Górskiego Karabachu tylko po to, by zdobyć pieczątkę w paszporcie, pobyć w kraju, którego nie znajdziesz na mapie to byłby szczyt backpackerskiej dezynwoltury. Dlatego też sporo czasu spędziłem na znalezieniu jakiś atrakcji, które nadawalyby sens tluczeniu się po bezdrożach,  by dostać się do Stepanakertu (cóż za niesamowita nazwa! ). Przewodnik dał tylko tropy do dalszych poszukiwań. Atrakcyjne miało być miasto Szuszi, sto lat temu wielkości Tbilisi, a z niego miał prowadzić pieszy szlak do kanionu z niesamowitym wodospadem.  Gdy już znalazły się highlighty przekonanie Justy trwało kilka chwil.
Gorzej było na miejscu. To że Stepanakert nie powali nas na kolana można się było spodziewać. Zobaczyliśmy więc jedyne warte uwagi miejsce czyli monumentalny pomnik pradziadka i prababki, symbolizujacych przywiązanie karabachskich Ormian do gór oraz szacunek dla wcześniejszych pokoleń. Kolejną atrakcję stanowiło wyrobienie sobie wizy pobytowej w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Trwało to chwilę, za dzieci nic nie zapłaciliśmy, więc wielodzietni szturmujcie Górski Karabach. Wasze dzieci będą podbijać serca miejscowych, dostawać od nich prezenciki, a Wy nie poniesiecie dodatkowych kosztów. Szturmujcie, bo nie ma tu praktycznie żadnych turystów. Przez cały dzień spotkaliśmy trzech backpackersow w Ministerstwie, a ja w informacji turystycznej widziałem wpisy odwiedzających ja osób - jeden wpis na dwa dni, taka była średnia. Dalej pojechaliśmy odzyskać Pępka - czapeczke Róży, pozostawiona ku rozpaczy Justy w taksowce. Już blok naszego taksówkarza nie nadawał się na pocztowke, ale por odkrywalismy tylko bardziej zniszczone rejony, opustoszale bloki z wyrwami po pociskach, zabytkowe domy bez ddachów z rosnącymi wewnątrz drzewami. Szuszi liczące w 1920 roku 45 000 mieszkańców teraz stało się schronieniem dla 5 000.  Ilość pustostanow jest tam niesamowita. A pośród tego rozwalajace się meczety pamietajace azerskich mieszkańców miasta. ...  Do wąwozu Humot miał nas zaprowadzić Japanar Trail, projekt stworzony przez entuzjastów z Zachodu. Szlak ten łączy największe karabachskie atrakcje,  kieruje od razu do gościnnych kwater popo drodze, a oznaczono go niebieską stopka. My niestety szlak szlak zgubilismy i przez pół godziny przedzieralismy się niknaca ścieżką przez niegoscinne kamienie i chaszcze. Na dnie wąwozu, gorujacego nad nami 250 metrów znaleźliśmy ruiny wioski opuszczonej 80 lat temu,  bo w żaden sposób nie dało się tam doprowadzić drogi. My też myśleliśmy, że będzie to opuszczone miejsce,  które wobec braku turystów będziemy mieli tylko dla siebie. A tu nagle okazało się, że miejscowi znają krótsze drogi niż nasza - dwuipolgodzinna i czują się nad rzeczka Karkar jak my nad Swidrem. Największy tłum tubylców zebrał się przy największej atrakcji czyli wodospadzie,splywajacym ze sskały przypominającej grzyb bądź parasol i utrudniajacym wejście do jaskini pod okapem,  skąd też z sufitu obficie kapala woda. Czulibysmy się tam jak w bajce, gdyby nie rzesza piknikujacych Ormian. Zapraszali nas oni na szaszłyki, ale niestety musieliśmy odmówić, by zdążyć na górę przed zmrokiem. Nasz pobyt w Górskim Karabachu dał nam wyjątkową atrakcję, której tak prędko nie zapomnimy.




wtorek, 23 sierpnia 2016

W przestworzach i w kraju, ktorego nie ma

- "Piotr, gdybyś żył nawet 100 lat, gdybyś zwiedził caly świat, to nigdy nie przeżyjesz czegoś takiego jak podróż kolejką do Tatewu!" - tak właśnie raptem dwa dni temu reklamował jedną z najwiekszych atrakcji Armenii niejaki Edik, nasz niezapomniany taksówkarz. I prosze - oto jedziemy przeżyć największą przygodę naszego życia. Tym razem za kierowcę mamy przeciwieństwo Edika - milczacego palacza, ktory prowadzi konwersacje wyłącznie po gruzinsku i bynajmnoej nie z nami. A nasi taksowkarze to oddzielna historia. Exik był bardzo pomocny i proponował dosyć korzystne wycieczki,  na ktore może i busmy sie zdecydowali gdyby nie osobowość Edika - gadał NON STOP i to po rosyjsku, snujac niekiedy filozoficzne wrecz rozważania. Ponadto, jak większość taksówkarzy jeździł post sowiecka Ładą, do ktorej sie nie miescilismy. Inny taksowkarz, juz mniej gadatliwy, na tyle jednak by wypytac sie nas o zasiłki na dzieci w Polsce ( tu też mają,  rowniez od drugiego) i wypytac o posiadany samochód ( tu podobno rodzinom z 7 dzieci daja w prezence). Teraz jednak mijamy Ararat, tak bliski tu przy samej granicy z Turcją, sampchodem milczka. Opuscilismy Erywan, w który m Piotr co chwila widział oznaki przygotowań przeciw trzesieniom ziemi (wzmocnienia w blokach, rury gazowe poprowadzone na zewnatrz, nie zakopane, nawet "kryształowy" żyrandol w naszej kwaterze miał wykrywać wstrząsy). Wjeżdżamy już w opustoszaly krajobraz lysych gór,  które z powodzenoem moglyby zagrać we Władcy Pierścieni stepy po ktorych grasuja orki.Tu jednak spotkać mozna tylko pasterzy pszczół w ich małych przenośnych domkach, otoczonych ulami.
W oddali majacza pasma czterotysiecznych gór,  a my już dojeżdżamy - przed nami zaskoczenie - jedyne w tej okolicy zielone zbocza i głęboka dolina, nad którą przeciagnieto niemal 6 km lin tej najdłuższej kolejki świata. Przedsięwzięcie drogie (250mln) nie zwroci sie zapewne przez cale pokolenia, sfinansowane przez bogatych Ormian na emigracji, ktorzy ten kraj dzwigaja w strone Europy. Tu też zrobili po europejsku - elegancka restauracja, wifi free, cabin attendant itp itd. Dzieci do 110cm płacą 35 razy mniej niz wszyscy wyzsi.
Kolejka sunie nad zboczem, poczatkowo jest pieknie, ale bez emocji, dopiero gdy mijamy drugie przeslo nagle zawisamy nad otwarta przepascia doliny dzielacej nas od wzgorza, gdzie juz czeka na nas klasztor Tatew. Pod nami droga wijaca sie po dwoch wzgorzach, w dole laczy je tylko naturalny "diabelski most", a w górze liny kolejki, na których teraz zawislo zachwycone towarzyatwo 25 pasażerów+cabin attendant. Dzieci oczywiscie w piskach radosci i przejecia, ale i my kontemplujemy oniesmielenie, które musiał przeżyć i Edik.

Klasztor Tatew, choc pieknie polozony, nie mogl jednak konkurować z klasztorem Geghart. I on jednak dodal cos do naszych klasztornych doświadczeń- dziesiatki mnosich cel z widokami, ktoeych każdy mieszkaniec płaskiego Mazowsza by pozazdrościł. Biegalismy w ich labiryncie odkrywajac coraz to kolejne przejścia, wkrotce jednak musielismy sie opamietac, bo dziś jeszcze czekala nas przeprawa do innego? kraju. Kraju ktorego nie ma i ktory jest zarazem.
Bo czy rzeczywiscie przekroczylismy jakąś granicę wjeżdżając dosyć drogą taksówką do Górskiego Karabachu? Granica, na ktorej noc nam nie wsteplowano (mielibyśmy wtedy zamknięta możliwość wjazdu do Azerbejdżanu), pieniądze pozostały te same, język, rejestracje samochodów,  nawet flaga niemal sie nie zmieniła. A jednak formalnoe jestesmy juz w Azebejdzanie, choć wszystko inne wskazuje na to, że nadal w Armenii.
Jeszcze tylko mała wieczorna nerwowka gdy hostel w tutejszej stolicy Stepanakercie okazał sie nie istnieć,  potem jednak sie odnalazł, i choć funkcjonuje na telefon, to zaoferował nam najlepszy deal na wyjeździe.
Trzeba bowiem zaznaczyć,  że panami życia to na tym wyjezdzie nie jesteśmy. Noclegi, knajpy, ceny w sklepach - drogo jak w Polsce, jedynie transport tani.

Pod Araratem

Kiedy ostatnio byłem pod Araratem, dzieciaki rzucały we mnie kamieniami, żołnierze chcieli przeswietlic mi klisze i próbowano mnie porwać, teraz, niecałe 80 km dalej, również pod Araratem, ale po drugiej stronie granicy, jesteśmy w ponadmilionowej metropolii, gdzie żyją ludzie mili i bezinteresownie uczynni. Taksówkarze nie narzucają się ze swoimi usługami,  zostawiając jedynie numer telefonu, gdybyśmy zechcieli zwiedzić z nimi Armenie, nasza erywanska gospodyni wyjeżdża po nas na dworzec i daje nam kartę SIM,  byśmy mogli korzystać z internetu, zaczepiajacy nas przyjaźnie przechodnie miło wspominają swe pobyty w Polsce np. w Końskich.
Są tak mili i uczynni, ale ich miasto takie nie jest. Monumentalne gmachy, szerokie arterie komunikacyjne,  prawie żadnych zabytków,  duża część bloków tak obskurnych i patchworkowych, jakby je przeniesiono z Nowosibirska, a reszta z fasadami wylozonymi dwukolorowymi kamieniami wygląda jak średniowieczne ormianskie kościoły z powodu fryzow i kolumienek.
Wczoraj miał być spokojny dzień,  więc wynajelismy taksówkę, by odwiedzić Garni i Geghard. Gdybysmy tego nie zrobili, musielibyśmy przesiadać się pięciokrotnie - tak skomplikowany jest tu transport publiczny, a wydalibyśmy niewiele mniej.
Garni słynie głównie z hellenistycznej świątyni Mihry, która postawiona na Forum Romanum nie odbiegalaby poziomem od innych gmachów. Jakiś prowincjonalny architekt korzystając z arsenału środków architektury grecko-rzymskiej wybudował najdalej na wschód  położoną kopię Partenonu.  Ale też położenie zadecydowało o tym, że do lat sześćdziesiątych świątynia leżała w gruzach - zbyt wiele ucierpiała od trzęsień ziemi. Dopiero nieustepliwy charakter Ormian kazał im pozbierać ułamki i złożyć z nich na powrót cud architektury. Cud oczywiście położony na wysokim klifie nad glebokim wawozem.
Podobną determinacja wykazali sie mnisi z Geghard, którzy przez wieki wielokroć odbudowywali swój klasztor, aż dopiero trzystowieczne budynki dotrwaly do naszych czasów. Budynki jak budynki - każdy ormianski kościół wygląda podobnie, najciekawsze kryje sie pod skałami,  tworzącymi bok świątyni.  Wykuto tam dwa poziomy grot. W jednej z nich znajduje się zrodlo - woda tryska bezpośrednio ze skały,  by potem popłynąć w stronę przedsionka. W drugiej urządzono swego czasu grobowiec, gdzie spoczynku zmarlych książąt pilnowaly dwa wyrzezbione lwy.
Dzięki skorzystaniu z taksówki wycieczka ta zajęła nam tylko cztery godziny, mogliśmy wiec po południu spokojnie blogowac w Parku Zakochanych z darmowym wi-fi, a dzieciaki -- moczyć sobie nogi w strumyku. Wieczorem jeszcze ujrzelismy czerwone jezyki zachodzacego słońca na osniezonym szczycie Araratu, ciesząc się z pobytu w Erywaniu. Jeszcze tu wrócimy podczas tego wyjazdu.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

U świętej Niny

Signagi jako miejsce wypadowe po Kachetii wybrałem z dwóch powodów.  Przede wszystkim przypominało mi macedonskie Kruszewo (takie same czerwone, spadziste dachy, wysoka wieża cerkwi, położenie wysoko nad płaską równina), a także posiadało najdłuższe mury obronne w Gruzji, zbudowane przez króla Herakliusza II w osiemnastym wieku. Ten monarcha zasłynął z zaproszenia (niczym Konrad Mazowiecki) Rosjan do swego państwa,  by go wspierali w walce z Persami. Nie była to jednak jego jedyna błędna decyzja, bo ludzie nie chcieli mieszkać w obrebie 2,5 km murów,  które teraz chronią głównie krzaki, zarośla i kilkanaście domów,  w tym należący do naszych gospodarzy. Reszta ludności postawiła swe domostwa na zewnątrz, nic sobie nie robiąc z zagrożeń.  Nie wplywa to jednak na bardzo pozytywny odbiór Signagi jako miejsca atrakcyjnego dla turystów, ktorych jest jednak dość mało.
Nie ma więc tłoku na wiezach bramnych, nie trzeba sie przeciskac na wąskich przejściach  na murach, nikt nie wchodzi w kadr, gdy chce się sfotografować plaska rownine, a po jej drugiej stronie wyniosle szczyty Kaukazu lub drewniane balkony zabytkowych domów. Jedynym zgrzytem w tej sielankowej wizji miasta stanowiła wizyta w miejscu zwanym "Park etnograficzny", przynoszącym wstyd tej dziedzinie nauki. W jednej sali zgromadzono kilkadziesiąt (bliżej 20 niż 90) eksponatów,  zdjęć,  map i strojów.  Mnie zaciekawily tam fotografie kachetyjskich wojowników ze strzelbami, ubranych dodatkowo w misiurki i koszulki z metalowych kółeczek, odziedziczone najpewniej po pradziadkach. Na tym ekspozycja się nie kończyła,  o nie. Jeszcze był drugi budynek ( oddzielnie płatny) z kilkoma starymi meblami. Tego było nam dość.
Jako że do naszej supry czasu było sporo poszliśmy w dwukilometrowy spacerek do grobu świętej Niny (Nino), która w czwartym wieku po Chrystusie przekonała kachetyjskich o króla do Ewangelii,  dzięki czemu Gruzja stała się trzecim najstarszym chrześcijańskim państwem na świecie. Sama była podobno niewolnica, ale jej grób znajduje się w małej cerkiewce tuż przy ołtarzu i tysiące pielgrzymów modli się o jej wstawiennictwo.  Tak zrobiliśmy i my, choć nasza Nina modliła się do swej patroni w specyficzny sposób, uderzając dłonią srebrna pokrywę trumny, na której wieki temu namalowany jej podobizne.
Tym samym kolejne z naszych dzieci odwiedziło miejsce pochówku swego świętego.  Czyżby przychodził czas na Lime?

W krainie wina i czaczy

Signagi - miasto rozsypane po wzgórzach,  z których spogląda w rozległą dolinę - krainę winnic, gdzie nie tylko powstają wina na stoły krajowe i europejskie, ale też każdy niemal mieszkaniec produkuje trunek na własny użytek.
My również spogladamy co rano, a przede wszystkim co wieczór w ową dolinę,  siedząc sobie na balkonie i sącząc niespiesznie wino z zapasów i produkcji naszego gospodarza - Davida Zandarashvili.
Od pierwszego momentu pobytu w Signagi wiedziałam,  że bedzie nam tu cudownie;  od kiedy z dworca zgarnął nas nasz gospodarz do swego legendarnego pensjonatu, zaproponował świetną cenę za świetny pokój i zobaczyłam jakie widoki w dolinę mamy w pakiecie.


Potem było już tylko lepiej - niespieszny wieczorny spacer po spokojnym miasteczku, które przypomina nam oczywiście inne takie miasteczka na świecie - macedonskie Kruszevo i indyjską Shimlę, plac zabaw, na którym życie toczy się glownie o 21, gdy upał zelżeje, a na koniec przypadkowo odkryta świetna restauracja, która pokazała nam jak  smaczna potrafi być gruzinska kuchnia. Zapiekane bakłażany z papryką,  chaczapuri ( rodzaj pizzetki) z jajkiem i serem, sałatka jak grecka, ale w zaskakującym orzechowym sosie, grilowane mięsa i ziemniaki... bylo tak pysznie, że następnego dnia postanowiliśmy sprawdzić  jak ucztuje się po domowemu i zamówiliśmy kolacje u naszej gospodyni.
Z czego jedak slynie Kachetia? Przecież nie z jedzenia,  a z napojów do niego spożywanychi ten właśnie aspekt kuchni gruzińskiej postanowiliśmy dogłębnie poznać w myśl najlepszej z możliwych metod - obserwacji uczestniczacej. Pierwszy etap juz mieliśmy za sobą smakujac co wieczór wino oferowane nam hojnie przez gospodarzy. Następnym etapem miała być wycieczka po okolicznych winiarniach połączona z degustacjami.
Bynnie męczyć zbytnio dzieci, które przecież nie mogły uczestniczyć w najciekawszym elemencie programu, wybraliśmy wersję najkrotszą - 3 winiarnie plus bonus dla dzieciarni - jezioro. Okazał się to być program idealnie zbilansowany, a kazde z odwiedzanych miejsc dalo nam kolejną odsłonę tajemnic winiarskiego biznesu Kachetii i nauczyło czegoś nowego. Pierwszym przystankiem była mała rodzinna winiarnia, odbudowana zaledwie 5 lat temu w miejscu XVI-to wiecznej ruiny. Zorganizowano tu male muzeum gromadzace przedmioty nie tylko zwiazane z przemyslem winiarskim, ku uciesze dzieci znalezlismy tu również strój groźnego Gruzina, w ktory ochoczo wszyscy sie przebierali. Wczesniej jednak poznalismy proces powstawania wina qvevri - typowo gruzińskiego. Wielkie gliniane kadziezakopywane sa w ziemi, do nich wlewa się sok z winogron razem ze skórkami (wina "europejskie" robi sie tylko z soku) i napój spokojnie fermentuje i dojrzewa. Po kilku miesiacach jest gotowy do odcedzenia i przelania do butelek. Zalowalismy ze nie dotarliśmy tu jesienią gdy mozna uczestniczyć we wspólnym,  własnonożnym wyciskaniu winogron w wielkich rynnach podobnych do czółen. Po teori nadszedł czas na praktykę - degustacje 3 win i czaczy - wódki z winogronowych skórek pozostałych po odlaniu wina. Czacza niczym nie różniła sie dla nas od balkanskiej rakiji, ale tutejsze qina okazały sie slodsze od naszych.
Kolejny przystanek to ewenement na skalę europejską - dosyć przemysłowa winiarnia, ktora jednak zakupiła największą składnice wina w Gruzji - sieć tuneli o łącznej długości 7 km, wydrażony w górze w blizej niesprecyzowanych celach militarnych. Dziś w przyjemnym chlodzie leżakuje tu 25000 butelek trunku, z ktorych również udalo nam się nieco uszczknac.
Ostatni przystanek to kooperatywa lokalnych producentów,  gdzie zajrzelismy do kuchni nowoczesnej winiarni - ze współczesnymi wyciskarkami, laboratorium kontrolujacym smak wina, linia produkcyjną ( dzieciaki jak zaczarowane, z przyklejonymi do szyby nosami obserwowały proces sterylizacji butelek) i wielkimi metalowymi zbiornikami na wino. Tu jednak również istnieje pomieszczenie z zakopanymi w ziemi kadziami na wino qvevri.
Na koniec pozostało nam jedynie ochlodzic się w sztucznym jeziorze  wybetonowanym zejsciem, co o dziwo nie przeszkadzało aji dzieciom spragnionym wodowania, ani nam znieczulonym lekkim szumem wina w głowach. 

czwartek, 18 sierpnia 2016

Dotknąć biały jęzor

Jak z czwórką dzieci przekroczyć 3 tys. m n.p.m.?
 Jak z Łucją, która jęczy nawet w drodze do przedszkola, że ją bolą nogi, pokonać 1500m przewyzszenia?
Jak z Różą, ktora woli wspinanie w skale niz dziesieciogodzinne wędrówki dotrzeć do lodowca?
I przede wszystkim co zrobić by dzieci nie pamiętały tej wyprawy jako koszmaru tylko atrakcyjna przygodę?
Odpowiedź jest jedna i ma cztery nogi - Niko. I nie jest to renifer, a lagodny konik, ktorego wynajelismy poprzez, a jakże,  kolejnych osiadlych tutaj Polaków, ktorzy w Kazbegi prowadzą agencje "górską" zajmujaca sie głównie pomocą w wyprawach na Kazbek. Tym razem obyło się bez nieporozumień jak w Maroko, do czego ma być wykorzystany wierzchowiec. Z koniem mieliśmy sie spotkać w gorujacym nad naszym noclegiem klasztorze Tsminda Sameba. Ponad godzinne podejście na 350 metrow udało nam się bez strat i większych jekow, bo nagroda za trud juz pasla się na wysokogorskim pastwisku. Pod górę Niko mógł brać dwóch pasażerów,  więc Łucja miała go cały czas dla siebie, a reszta jechała na zmianę. Nam dorosłym trudno było ich wszystkich dogonić, takie tempo narzucil nasz poganiacz na zielonych halach, skąd widzieliśmy jak czternastowieczna cerkiew malala z każdym krokiem. Taki sielski obraz towarzyszył nam aż do przełęczy na wysokości 2960 m n.p.m., gdzie wkroczylismy w surowy, smagany wiatrem i usiany skałami krajobraz.




Czas nas juz gonił. Jeszcze tylko przekroczyć,  a raczej przeskoczyć strumień i wspiąć się na ostatnią grań i już tam był - wielki, majestatyczny, szary, bo wcale nie biały,  rozlany po całej dolince jęzor Gergeti. Tak bliski, na wyciągnięcie ręki,  a raczej zmeczonych nóg, a jednak... za daleki. Nie dane nam było dotknąć go stopami - za mało czasu, zbyt zimno i deszczowo ( bo tam, na 3 tys metrów pogoda drastycznie sie zmieniła) i nie dość sił,  które musieliśmy oszczędzać na powrot. My jednak byliśmy szczęśliwi -zrealizowaliśmy nasz plan maksimum, o czym świadczyło totalne wyczerpanie w drodze na nocleg. Dalej byśmy nie doszli.
Po naszym koniu nie było jednak znać zmęczenia, choć w dol mogł nieść tylko jedno dziecko, wiec spory o to kto dosiadzie Niko rozstrzygano grą "papier, kamień, nożyce". O tym jak bardzo dzieciom podobała sie wycieczka swiadczy fakt, ze od razu siegneli po kredki, by narysowac swoje przygody.
Natomiast po calodziennym transferze dotarliśmy do krainy wina i gruzinskiej gościnności - pieknie położonego i samego w sobie pięknego miasteczka Signagi, gdzie zostaniemy na dłużej bo wszystko nam sie tu podoba. Pozdrawiamy już nieco podpici domowym winem.


niedziela, 14 sierpnia 2016

Ci mnisi to lubili adrenalinę...

Ach ci mnisi! Niezle z nich zgrywusy. Nie dość im bylo wynieść sie na suche, nieprzystepne i dalekie od innych ludzkich siedzib tereny. Nie dość, że owe tereny roja się od żmij i innych węży. Musieli jeszcze wykuć swe cele wysoko, na zboczu plaskiego wzniesienia. Musieli wykuc owe cele pietrowo, nad stroma przepaścia, tak by wspięcie sie do nich po płaskiej piaszczystej skale było nie lada wyzwaniem. Lubili zapewne ten dreszczyk emocji, gdy ich sandały ześlizgiwały się na ścieżce prowadzącej do źródełka czy kapliczki na szczycie wzgórza. Musieli lubic te upalnedni lata, deszcz padajacy na głowę w małej celi i mrozy zimy. Takie to właśnie rozważania snuły dzieci wędrując, a raczej walcząc o każdy krok na tych samych stromych ścieżkach kompleksu jaskiń mniszych klasztoru David Garedża i Udabno. Franek posądził więc mnichów o pazerność na silne emocje, choć zakładając swój klasztor 1500 lat temu nie mogli przecież wiedzieć, że kiedyś ich ścieżka do kapliczki stanie się jednocześnie granicą dwóch państw i szlakiem dla turystów, z którego będą oni podziwiać otwarty widok na stepy Azerbejdżanu. Nie mogli również wiedzieć,  że stropy ich cel zawalą się pod naporem wieków,  tak że dotarcie do wnetrza najpiekniejszej kaplicy będzie wymagało umiejętności wspinaczkowych, ktore na szczęście nasze dzieci już posiadają.
Tak właśnie było dziś - upał,  żmije, strome podejścia i piękne cele - jaskinie, w których niegdyś żyło kilka tysięcy mnichów (cały kompleks David Garedża obejmuje 15 klasztorow w okolicy). Niektóre jaskinie były prostymi jamami, inne natomiast, jak refektarz i kaplica zachowały wczesnośredniowieczne freski i rzeźbione w skale okna, nisze czy kolumny. My oczywiscie nie mogliśmy wyzbyć się porównań z kompleksami klasztornymi Kapadocji, ale czy dzieci coś z tej wycieczki miały? Początkowo zdawało nam się,  że jedynie cierpienie, ale w drodze powrotnej, gdy upał i zmeczenie poszły w niepamięć okazało się, że owa mnisia adrenalina to lek na wszelkie słabości i ostatecznie dzień uzyskał lepsze noty niż wczorajszy.
Być może do poprawy humoru przyczynila się też pomidorowa serwowana w polskim przysiółku w tej niegoscinnej okolicy - Oasis Clubie. Restauracja/hostel/dom kultury założony w totalnym zad..iu tego księżycowego krajobrazu, którego nie przestraszyła sie para Polaków. Dziś zarządzają tętnicym życiem (przynajmniej w sezonie) lokalem i raczą pomidorówką wyczerpane dzieciaki.



sobota, 13 sierpnia 2016

Gamardzobat

Ten wyjazd jest dla nas przełomowy nie tylko dlatego, że jesteśmy tak daleko od Polski pierwszy raz z czwórką dzieci, ale też ze względu na użycie nowych dla nas w dotychczasowych podróżach technologii. Mogliście się domyślić,  widząc polskie znaki, że bloga piszemy teraz spokojnie w łóżku na komórce,  zamiast siedzieć w ciasnej kawiarence, poskramiajac rozwrzeszczane dzieciaki. I to jest fajne, gorsze jest tylko uzaleznienie od darmowego wifi oraz fakt, ze podczas całego dnia wędrówek po Tbilisi nie spostrzeglismy żadnego internet cafe.
Ale zanim zaczęliśmy się po południu szwendac po stołecznej starówce, przezylismy o świcie ciekawe doświadczenie. Taksówkarz przy pierwszych promieniach słońca wysadził nas przed blokiem w stanie surowym, który nie w pełni został oddany do użytku. Gdy zaczęliśmy szukać naszej kwartiry okazało sie, że domofony na klatkach nie działają,  a nieliczne zamieszkałe już mieszkania nie są opatrzone numerami. Zmeczeni nocnym lotem blakalismy sie wiec po pietrach i klatkach, niecierpliwie szukajac upragnionego łóżka. Gdy w mieszkaniu, które wedle naszych rachub miało numer 16, nikt nie odpowiedział, okazało sie że nie msm roamingu w komórce ... Na szczęście nasze poranne dobijanie usłyszała właściwa osoba czyli nasza gospodyni, która zaprowadziła nas gdzie indziej niż pukalismy.
Jako ze mieszkamy właściwie na budowie, zasnąć było ciężko musieliśmy więc przesunąć ambitniejsze plany na bliżej nieokreślona przyszłość i udać się na zwiedzanie miasta w upale.
W Tbilisi podoba nam się to, że mieszkając prawie jak na ursynowskim blokowisku, czujemy się jak w domu. Mamy już swoje miejsce, gdzie kupujemy chaczapuri, osiedlowy sklep, niezwykle głębokie metro już nie ma dla nas tajemnic ... Na razie wiec trud podróży z czwórką dzieci nie różni się niczym od tego codziennego. Ale tbiliska starówka w urokliwy sposób łączy w sobie tradycję z nowoczesnością. Za prastaroscia grodu przemawiają wiekowe cerkwie, których wejścia znajdują się kilka metrow poniżej ulicy, drewniane balkony (pomalowane na jaskrawe kolory) domów w stylu orientalnym, łaźnie tureckie czy perska twierdza. Ale tej wypracowanej przez stulecia harmonii nie zakłóca,  a nawet powiedziałbym wzbogaca - szkło i stal. Kolejka linowa (jedyna pewnie dzisiejsza atrakcja dla dzieciaków) przenosi tłumy turystów bardzo sprawnie i mega tanio na wzgórze skąd widać cale miasto,  w tym również futurystyczny pieszy Most Pokoju i inne fantazyjne gmachy wybudowane w ostatnich latach. Tbilisi to po prostu europejska stolica, choć dostawca naszego ubezpieczenia twierdzi inaczej.
PS. Od jutra powinny pojawiać sie zdjęcia,  bo obczailismy teraz dopiero jak to zrobić. 

środa, 11 maja 2016

Piknik pod wiszącą skałą

Mantlowanie, giełganie, spotowanie, red pointy... czegóż to się człowiek nie nauczy na jednym ekspresowo krótkim wyjeździe na baldy. Wystarczy jednak, ze ruszy z takim fascynatem jak mój brat, a słownik wzbogaci się o nowe branżowe terminy. Oprócz teorii załapie też sporo podstawowej wiedzy praktycznej, na przykład takiej, że gdy ktoś się na kamulec wspina, to się go pilnuje i gdy trzeba wyłapuje, a nie bezradnie ręce rozkłada, bo czasem jedyną granicę między bolesnymi otarciami (jak w moim przypadku) a poważnym połamaniem stanowią wyłapujące ręce i niewielki crash pad (materac).
 

Baldy? A co to? - spytacie. W naszym przypadku alternatywa dla wspinania z liną w Jurze, na które zabrakło nam partnerów i wiedzy teoretycznej. Zapakowaliśmy więc Marka do naszego pojemnego auta na jedyne wolne miejsce i ruszyliśmy do Adamowa popróbować wspinania w małej formie. Przygód było kilka, pierwsza zaś wynikała z faktu, że skałki w Adamowie to rezerwat przyrody. 
Topo (przewodnik) Adamowa wspomina co prawda na samym wstępie, że wspinanie tam jest zabronione i wskazówki mają charakter czysto teoretyczny, ale myśleliśmy, że niejaki leśniczy, postrach wspinacza, to taka postać jak nie przymierzając Yeti czy inny potwór z Loch Ness. Ktoś, kiedyś go widział, ale to było dawno i nieprawda. Otóż nie. Legendarny zły leśniczy z Adamowa istnieje i my go spotkaliśmy! Spotkanie zresztą było dość miłe, a leśniczy przyjazny, jednak nieubłagany. Za jego sprawą zamiast wspinać się w szerszym gronie na wcześniej upatrzonej skale o pokrętnej nazwie Parapetolog, gdzie problemów na naszym poziomie było sporo, musieliśmy przenieść się nieco dalej, gdzie mrówki, kleszcze i nie wiem co jeszcze. Marek nieco ukradkiem zdążył jeszcze popróbować arcytrudnego balda, który zrzucał go i tym razem, ale nasi chłopcy odchodzili z Parapetologa z niedosytem - nie udało im się skończyć tego co zaczęli.

 

Na nowym miejscu Róża wspinała się jak moda kozica, Łucja również starała się pokonać niedobory wzrostu gigantycznym zapałem, a reszta walczyła z grawitacją. Mnie ona raz pokonała w sposób niemal tragiczny - poleciałam z wysokości 2,5m i tylko sprawne wyłapanie przez Marka uchroniło mnie przed śmiercią lub kalectwem ;). 





Wniosków z wyjazdu mamy kilka:
1. piknik pod wiszącą skałą z dziećmi jest możliwy, ale wszyscy wrócą niemiłosiernie brudni i zmęczeni
2. wspinanie w skale to zupełnie co innego niż na panelu
3. lepiej nie spotykać złego leśniczego, bo choć miły, to popsuje plany
4. Jura chyba jednak wygra


niedziela, 13 marca 2016

Białe szaleństwo

Popularne wyjaśnienie brzmi: globalne ocieplenie. Emisja dwutlenku węgla itd, wszyscy już to słyszeliście więc wiecie. Inna wersja głosi naturalne, cykliczne zmiany w klimacie, tak już bywało w historii świata i teraz też tak będzie. Fakt pozostaje jednak faktem - śniegu w zimę jak na lekarstwo. A my kolejny już rok szukamy zimą i znajdujemy w tym samym miejscu - na karkonoskich wysokich równiach.



Minęły już czasy, gdy baliśmy się zimowych wyjazdów z dzieciakami (a był taki moment, gdy powiedziałam - nigdy więcej!), bo zimno, bo mnóstwo ciuchów, bo zmienianie pieluch i karmienie na mrozie. Może "dorośliśmy", może się jeszcze bardziej znieczuliliśmy, a może po prostu zaczyna grać nasze doświadczenie i wypracowane modele przeprowadzania takiego logistycznie skomplikowanego przedsięwzięcia. W każdym razie nasza zuchwałość rośnie wprost proporcjonalnie do liczby dzieci ;) Oczywiście lata świetlne dzielą nas jeszcze od wyczynów na miarę TrisTrans Saga, ale zimowe zdobywanie umiarkowanych szczytów staje się naszą rodzinną tradycją.


Oczywiście są zasady:
1. odpowiedni sprzęt, z którym niemożliwe staje się możliwe,
2. dobrze skomponowany, zbilansowany pod kątem upodobań smakoszy w przedziale 0-10 lat prowiant,
3. jak najwięcej schronisk na szlaku,
4. realny plan B, czyli wycof.
Przydaje się także punkt 5, czyli dobra forma psychiczna głównych tragarzy oraz ich consensus co do procedury uruchomienia punktu 4.

Karkonosze znów miały nam do zaproponowania odpowiedni szlak, tym razem na Szrenicę. Szlak doskonale łatwy, odpowiednio szeroki i wypłaszczony dla przyczepki w wersji trekkingowej, którą miała podróżować Nina, z aż dwoma schroniskami po drodze. Na dodatek pełen wspomnień, bo już niegdyś przez nas "liźnięty" na odcinku do wodospadu Kamieńczyk. Ideał. Jak się okazało wyprawa ta miała niespodziewanie dorzucić do naszych doświadczeń swój mały wkład, który jako nowa atrakcja na pewno na stałe zagości w zimowych wędrówkach.


marzec 2011 (małe to Róża)


luty 2016

Pierwszy odcinek szlaku, bardzo zatłoczony, bo wybierany jako ciekawa i krótka wycieczka z wyraźnym celem - wodospadem, okazał się być najtrudniejszym do pokonania. Kamienista ścieżka była całkowicie oblodzona, co dla Pity ciągnącego przyczepkę stanowiło szczególne wyzwanie. Duch w nas jednak nie gasł. Jakże by mógł? Piękna pogoda, dzieci jeszcze pełne sił i zapału (nawet nadworny spowalniacz - Łucja), dookoła las skąpany w promieniach słońca, co przywodziło nam na myśl wspomnienia z poprzedniej tutaj bytności. No i przede wszystkim on - bohater dnia, czyli śnieg. Coraz więcej tego bohatera panoszyło się na szlaku, co tylko nas mogło cieszyć.



Im wyżej wchodziliśmy, tym nasze (dorosłych) nastroje rosły, w obliczu otwierających się widoków na dolinę i karkonoskie szczyty. Dziecięce nastroje natomiast wyraźnie pikowały. Łucja potrzebowała coraz wymyślniejszych motywacji do wspinaczki, Róża swój entuzjazm zostawiła 100 metrów niżej, Nawet Franek przeżył kryzys, który ewidentnie sygnalizował, że nasz syn zrobił się głodny. I jakoś zapewne w momencie gdy staliśmy nad rozwalonym na śniegu Frankiem, który tak właśnie kontestował nasz pomysł na ten dzień, pojawiło się TO.
- Świst! - Śmignął jeden.
- Świst! - Kolejny. I to z plecakiem.
Zmęczenie z lekka zostało zapomniane, bo oto w dziecięcych głowach zakiełkowało pożądanie. Tym co rozpaliło małe umysły był skromny kawałek plastiku pod siedzeniami mijających nas turystów. Pomysł z którym spotkaliśmy się i skrzętnie wykorzystaliśmy podczas schodzenia ze Śnieżki, tu został rozbudowany o odpowiednie akcesorium. Po szlaku co chwilę zjeżdżali na "jabłuszkach" kolejni wędrowcy, a nasze dzieci myślały już tylko o tym jak skombinować dla siebie taki przydatny drobiazg. Podczas drogi do miejsca postoju (stoliki i ławki niemal cale pod śniegiem!) narzekaliśmy czemu nie zaopatrzyliśmy się we własne egzemplarze na parkingu i przypomnieliśmy sobie ich cenę, wspinając się dalej do schroniska dywagowaliśmy nad ewentualną możliwością zakupu plastikowych skarbów w schronisku i zanim tam dotarliśmy zapadła już decyzja o podjęciu poszukiwań za wszelką cenę. Tak to "jabłuszka" ułatwiły nam osiągnięcie pierwszej bazy, bo mimo że Franek już po przekąsce na szlaku odzyskał animusz, a Łusia wręcz przeciwnie musiała momentami wsiąść do przyczepki, to myśli wędrowców sięgały znacznie dalej niż ich zmęczone nogi.




Posiedzenie w schronisku jak zawsze naładowało akumulatory dzieci. Czy sprawiła to uwielbiana przez nie kuchnia schroniskowa (fasolka po bretońsku, pomidorowa, pierogi, bigos... pychoty!)? Czy trochę ciepła dla zmarzniętych stóp? Czy partyjka piłkarzyków z innymi dzielnymi wędrowniczkami? Dość, że powyżej schroniska po zaśnieżonej drodze wspinaliśmy się już w równym tempie, Tym razem istniała też dodatkowa motywacja - niestety w miejscu posiłku jabłuszka się skończyły. Co oznaczało, że wcześniej BYŁY! Skoro tak, to może do schroniska wyżej nie wszyscy dotarli by wykupić cały zapas plastikowego szczęścia wprost sprzed nosa naszych niedoszłych saneczkarzy? Poza tym - jaki zjazd się szykował z samej góry! Snując takie rozważania spokojnie dotarliśmy do celu - na szczyt Szrenicy.





Tym razem widoczność nie powalała, ale pod nami rozciągał się śnieżny krajobraz i to wystarczyło nam do szczęścia. Poza tym schronisko na szczycie stanęło na wysokości zadania i plastiki były, co z kolei wystarczyło do szczęścia dzieciakom. Po krótkich negocjacjach zgodziliśmy się zakupić 2 sztuki, bo horrendalna cena odstraszyła nas na tyle skutecznie, że byliśmy skłonni podjąć ryzyko katastrofy, którą mógł zwiastować rachunek 3 dzieci : 2 ślizgi. Droga w dół, mimo nieuniknionych w tej sytuacji konfliktów, okazała się głównie feerią pisków i krzyków radości, śnieżnych upadków, gonitw i wyścigów, śmiechu i szaleństwa. I to tempo! Taki mały gadżet a tyle zalet! Odtąd nasz must have!





piątek, 4 marca 2016

Wielkie powroty

Złota uliczka, parek w rohliku, Pilsner, Mucha, smażeny syr, Staropramen, Most Karola, Mala Strana, widok z Petrinu, głębokie metro, knedliky i jeszcze ze 2 piwa zapisane kreskami na "listku". PRAGA.


Okazuje się, że z dziećmi to zupełnie inne doznanie. Klimatyczne knajpy, gdzie kiedyś spędzaliśmy długie wieczory przy piwie, nagle jawią się jako zasmrodzone papierosowym dymem piwnice, do których nie sposób dostać się z wózkiem. Całodzienne spacery po urokliwych uliczkach Starego Miasta to też nie jest ulubiony przez nasze dzieci sposób spędzania czasu. 
Oczywiście nie jesteśmy żółtodziobami w podróżach z dziećmi ani masochistami pragnącymi spędzić 2 dni w akompaniamencie jęków, więc wygrzebaliśmy z pamięci miejsca i wrażenia, które mogły być dla nich atrakcją. 

 
 

A więc przede wszystkim - muzeum zabawek. O tak, to był hit wyjazdu i to nie tylko dla najmłodszych! Spędziliśmy ze dwie godziny podziwiając pięknie urządzone mieszkania XIX-sto wiecznych lalek, armie ołowianych żołnierzy i makiety kolejowych dworców (jak tym się dzieci bawiły?) i Barbie. Barbie?!? Już słyszę te wzgardliwe prychnięcie. Ale jaka Barbie! Lalka nr 1, Barbie w kostiumiku Diora, w przepysznych sukniach gwiazd filmowych i w limitowanych seriach. Dowiedzieliśmy się również o jej kreskówkowych początkach.




Co jeszcze cieszy dzieci? Przedstawienia. Namiastką takiego była zmiana warty na Hradczanach, która zainspirowała Franka i Różę do przejęcia obowiązków żołnierzy.
Przejażdżki kolejką. Szczególnie pod górę, gdy oszczędzają im zmęczenia. Niestety, tym razem trafiliśmy na sezonową przerwę i ku ogólnej rozpaczy na Petrin wdrapaliśmy się o własnych siłach. Widok wynagradzał jednak trudy, bo z góry mogliśmy łatwo pokazać dzieciakom kolejne punkty naszej wycieczki - katedrę św. Wita (Łucja wyszła z niej oburzona, że Czesi mają taki ładny kościół a my nie), most Karola (najwięcej emocji wzbudził oczywiście pomnik przedstawiający św. Jana Nepomucena, którego dramatyczna śmierć poruszyła ulubione struny wyobraźni naszych wielbicieli tragicznych historii) i staromiejski rynek, gdzie musieliśmy zaliczyć obserwację wędrówek postaci przy biciu zegara. Niestety nie dostaliśmy się na Złotą Uliczkę, bo jest ona częścią drogiego pakietu atrakcji Hradczańskich. 



 Mimo naszych zabiegów by uatrakcyjnić dzieciakom tę wizytę w czeskiej stolicy, nie obyło się bez jęków i fochów. Po raz kolejny błogosławiliśmy decyzję o wzięciu przyczepki podwójnej, która dawała opcję restu naszej najmłodszej chodzącej zawodniczce. Podsumowując - Praga na dwa dni, jako atrakcyjny przerywnik dla polskich gór była dobrym pomysłem, jednak na więcej miejskich wrażeń nasze dzieci nie są gotowe.