Miłą konwersację z Marcinem - tatą Igi, koleżanki z murallowej sekcji wspinaczkowej przerywa pytanie wysiadającego z samochodu strażnika Parku Narodowego Gór Stołowych. Jesteśmy kilkadziesiąt metrów przed granicą polsko-czeską. Na plecach mamy crashpady, więc nie da się ukryć, co zamierzamy robić, odpowiadamy więc zgodnie z prawdą, że idziemy za granicę na baldy.
- A gdzie Państwo zaparkowali samochody?
Nieświadomi podstępności pytania odpowiadamy, że niedaleko przy drodze, na poboczu, przy wylocie leśnej drogi, na której końcu się teraz znajdujemy. To jest jednak, właśnie ta najgorsza możliwa odpowiedź, bo okazuje się, że na terenie Parku nie można parkować poza wyznaczonymi miejscami, a tamtejszy parking, mimo że chętnie używany przez boulderowców, według straży PNGS, jest dziki. Nic nie pomagają tłumaczenia, że inne samochody też tam stoją, że rok temu tam właśnie stawialiśmy samochód i nie było żadnych problemów.
- W takim razie zapraszam z powrotem do samochodu, tam straż leśna wystawi Państwu mandaty!
Schodzenie ze spuszczonymi głowami, w całkowitym milczeniu, przerywa głos strażnika, łączącego się przez krótkofalówkę z kolegami:
- Mam tu tych poduszkowców od samochodu na drodze na Ostrą Górę!
***********
***********
Na
starcie lewa noga uniesiona wysoko i oparta o małą dziurkę, druga noga
na tarcie - nie ma żadnego stopnia. Dwie ręce w klamie, która przestanie
działać, gdy zrobi się daleki ruch do wielkiej dziury niczym wyjętej z
sera ementaler. Na dodatek trzeba podnieść tyłek z crashpada, bo to sit down start.
Nie jest łatwo, a przecież dziewczynie z filmiku przyszło to jakby bez
większego trudu. Schodzi próba za próbą. Podniesienie z ziemi trwa
ułamek sekundy, w tym czasie trzeba wykonać ruch, utrzymać chwyt
startowy i pilnować nóg, by nie dotknęły crasha, bo będzie dab i
uczciwość nakaże przerwanie wspinaczki. Wreszcie kilkanaście prób
później udało się wszystko zsynchronizować! Całe ciało napięte, nogi
napierają na skałę, dokładka do dziury. Teraz już z górki! Strzał do
krawędzi, potem wstanie na półeczce do lekkiego połogu, sięgnięcie do
topu, prawa noga wysoko, mantla plus wyjście z nogi i koniec. Radość,
krzyki. Pierwsze 6B padło w skałach. Jak sobie jednak z tym problemem
boulderowym poradzą pozostali zawodnicy. Na przykład Róża ma własny
patent. Używa stopnia jako chwytu, haczy piętę w startowej klamie, potem
w napięciu przestrzał do ementalera. Udało się! O nie, wujek nie zdążył
filmować tego pierwszego ruchu? To schodzę! Na szczęście, po chwili
robi jeszcze raz ten trudny ruch i kończy balda, tym razem na potrzeby
Instagrama. Fitness na Kontenerze wpisany do kapownika.
***********
Na
trzy dni wspinania potrzebny jest jeden dzień odpoczynku czyli we
wspinaczkowej nowomowie - restowy. Skoro atrakcje polskiej części Gór
Stołowych mamy już zaliczone, można zacząć poznawać stronę czeską. Gdy wodzę palcem po mapie w sali restauracyjnej DW "Szczelinka" w Pasterce, wpada mi w oko nazwa "Božanovský Špičák". Pewnie będzie to ten szpiczasty wierzchołek, który widzieliśmy przedwczoraj po drodze z Radkowa. To tam chyba znajduje się huśtawka na punkcie widokowym. Gdy już jesteśmy na szczycie okazuje się, że wszystko pokręciłem. Moje pragnienia dotyczyły pobliskiej Koruny. Bożanowski Szpiczak to po prostu niższy odpowiednik polskich płaskich szczytów. W lesie rosnącym na stoliwie - porozrzucane skały o dziwacznych kształtach. Kotka, kowadła, wielbłądy, żółwie, a nawet waran. Nie zrobią większego wrażenia po labiryntach skalnych, które już zwiedziliśmy. Lekki zawód rekompensuje widok na oba Szczelince i Skalniaka (to tam kilkadziesiąt metrów poniżej szczytu jest baldowy raj), Pasterkę oraz Zalew Radkowski, gdzie za kilka godzin się wykąpiemy.
***********
Ręce
po trzech dniach wspinu odmawiają posłuszeństwa, a crashpady mocno
ciążą. Niosę Ninę w nosidle, plecak i crasha. Justa - dwa, a ostatni -
Róża. Marcin z Igą niestety musieli wyjechać wcześniej, ale my nie
musimy wstać o szóstej do pracy, możemy więc dojechać do domu o północy.
Mięśnie bolą, a w głowie kotłują się myśli. Jak trzeba było się
ustawić, by ta klameczka trzymała? Niezrobione baldy świdrują mózg, a
rozmyślanie o zrobionych przynosi satysfakcję. Walka zresztą też.
Zjechane niemal do krwi opuszki palców, skrwawione kostki, obtarcia i zadrapania to znak, że nawet gdy droga
okazała się zbyt trudnym przeciwnikiem, białej flagi nie wywieszaliśmy.
To nasz najlepszy boulderowy wyjazd. Cyfra padła, również dzięki świetnemu
przygotowaniu wstępnym - wybraniu potencjalnych "robialnych" dróg, ściągnięciu
filmików, wydrukowaniu topo, gdyby internet nie działał i stworzeniu
własnej mapki, by nie zgubić się w tej gęstwinie głazów. Roztrząsanie
sukcesów i porażek nie trwa długo, bo już widać nasz samochód. W sumie
dobrze, że nie parkujemy na drodze z Karłowa na Ostrą Górę (to tam, gdzie
strażnicy, "poduszkowcy" i groźba mandatów - dla nas na szczęście
skończyło się na upomnieniu, bo byliśmy "grzeczni"), bo do klasycznych
skał machowskich, gdzie łoiliśmy czyli do Muchołapki, Monstrum i
Kontenera mielibyśmy o wiele dalej. A tak dwadzieścia minut niezbyt
stromą ścieżką i już docieramy na - ponownie "dziki" - parking przy
wejściu w las zielonego szlaku na Błędne Skały, między szpitalem dla
dzieci "Orlik" (tam można zaparkować całkowicie legalnie), a
Bukowiną Kłodzką.
***********
1 komentarz:
Prześlij komentarz