Wczoraj największym rozczarowaniem dnia był brak basenu w hotelu. Dziś po 11stogodzinnej podróży kąpaliśmy się właśnie w chlorowanej wodzie.
Dzień zapowiadał się ciężko - żadnych atrakcji, tylko przemieszczanie się między wyspami. Głównym środkiem transportu miał być prom samochodowy, przed którym autorzy przewodnika przestrzegali, że zdarzają się na nim pożary i uszkodzenia. Nam on bardzo odpowiadał. Przestrzeni dla pasażerów było więcej niż w jumbojecie, fotele odchylały się prawie do pozycji poziomej, od czasu do czasu działał telewizor, a największą frajdę sprawiała dzieciakom zabawa z trzema zapoznanymi Indonezyjkami. Te zachwycone Ninką, wołając jej imię, ganiały się z nią między fotelami, a ona wyżerała im chrupki. Gdy przyszedł czas na obiad, zamówiliśmy zupki chińskie zalewane w bufecie wrzątkiem. Franek wpadł w zachwyt, bo dla niego dzień bez makaronu, najlepiej smażonego, to dzień stracony. Niedługo zamieni się chyba w mie goreng.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz