czwartek, 23 sierpnia 2012

Cesarskie kąpieliska z siodełka roweru

Wizytę w Świnoujściu postanowiliśmy urozmaicić nielada atrakcją - krótkim, kilkugodzinnym wypadem rowerowym do kurortów niemieckich. Dzięki temu mieliśmy okazję skorzystać z usług naszej konkurencji - wypożyczalni rowerów Baltic Bike. Zaopatrzyliśmy się w bogaty zestaw - 2 rowery, przyczepkę, fotelik i ruszyliśmy.  


 Nad brzegiem morza, wzdłuż niegdyś 16-to kilometrowej, najdłuższej w Europie trasy spacerowej, biegnie bardzo wygodna i mocno uczęszczana ścieżka rowerowa. Początkowo wiedzie świnoujską promenadą, by gładko przekroczyć niemal niezauważalną granicę państwa i doprowadzić nas do zdecydowane bardziej okazałych i lepiej zachowanych kurortów niemieckich. Dość zadbane i estetyczne Świnoujście wydało nam się zapyziałym i zaniedbanym kurorcikiem przy splendorze Ahlbeck. Szum fal odbija się tu od stojących w zwartym szeregu przepysznych willi, które obecnie w większości pozamieniano na pensjonaty. 


By spojrzeć na tę imponującą promenadę z lepszej perspektywy, weszliśmy na długie molo. Dzieciaki z zachwytem obserwowały przejażdżki plażowiczów na bananie, a my z podobnym zachwytem architekturę nadmorskich kamienic. Zaskoczeniem była dla mnie informacja, że to tutaj powstała "Czarodziejska góra", zawsze wyobrażałam sobie raczej górski krajobraz jako inspirację. 


Dalej nasza trasa wiodła nieco trudnym, pagórkowatym terenem przez lasek, aż do przyjemnego jeziora. Tu zrobiliśmy sobie mini postój, co okazało się słusznym pomysłem, jako że zmierzając z powrotem w kierunku Świnoujścia nieco się pogubiliśmy i nie w głowie nam były postoje. Dotarliśmy jednak na miejsce na tyle wcześnie, że jeszcze zdążyliśmy zażyć morskich i słonecznych kąpieli z dala od niemieckich golasów, którzy licznie zapełniali plaże po drugiej stronie wirtualnej granicy. 



Podsumowując: zabytkowe kurorty są naprawdę piękne, okolica ciekawa i doskonale przystosowana dla rowerzystów z przyczepką. Z łatwością można zorganizować przyjemną, jednodniową wycieczkę, co jak widać nam się udało ;)

środa, 22 sierpnia 2012

Nasz kraj fortami stoi

Wciąż jestem pod wrażeniem książki Piotra Zychowicza "Pakt Ribbentrop-Beck", w której autor przekonująco dowodzi, że Hitler - z Polską u boku, jako sojusznikiem - mógł pokonać Związek Radziecki, i rozprawia się przy okazji z najróżniejszymi argumentami przeciw tej tezie, dotyczącymi wasalizacji Polski, przebiegu wojny ze Stalinem, kwestii żydowskiej. Z racji tego, że podróże kształcą, chciałbym  włożyć również swój mały kamyczek w tryby przyjaźni polsko-niemieckiej z lat 1932-1938. Gdyby była ona tak głęboka i prawdziwa, jak Zychowicz pisze, to po co III Rzesza w tych właśnie latach za miliony marek budowała ciąg fortyfikacji na wschodzie? Chodzi mi tu szczególnie o Międzyrzecki Rejon Umocniony, który udało nam tego lata zobaczyć na własne oczy.
 Niestety ta linia obronna podobnie jak nie był  żadną przeszkodą dla nacierającej Armii Czerwonąej tak nie  stanowi on idealnej atrakcji dla dzieci. Manekiny niemieckich żołnierzy stojących na warcie, strzelających z karabinów maszynowych, leżących na pryczach przerażały Różyczkę, zejścia w dół potężną (30 metrów głębokości) klatką schodową bał się Franciszek, a Łuśka łkała podczas ponad kilometrowego marszu przez ciemne korytarze. W środku podobała im się wyłącznie krótka przejażdżka drezyną (2 minuty jak na godzinę w zimnych, mokrych podziemiach, to trochę mało przyjemności), a na zewnątrz przeciwczołgowe "zęby smoka", wśród których bez problemu mogłyby się bawić w "chowanego" oraz wyślizgane kopuły pancerne. 
Niemieckich żołnierzom jednak te podziemne konstrukcje ciągnące się przez dziesiątki kilometrów (my zwiedziliśmy raptem półtora) bardziej odpowiadały niż zalane wodą okopy spod Verdun, tak że w końcu ich Fuhrer tupnął nogą i przestał finansować ten "raj dekowników". Szkoda tylko, że po wojnie umocnienia zostały tak zdewastowane (szaber, ćwiczenie wojskowe) i nigdy już nie staną się taką atrakcją, jak linia Maginota, czy Wał Atlantycki.

Inną fortyfikacją na naszej trasie miała być szesnastowieczna twierdza Kostrzyn. Piszę "miała być," bo ktoś bardzo sprytnie zabrał się w JEDNYM czasie za remont dokładnie WSZYSTKICH bastionów, więc wstępu do nich broniły ogrodzenia, napisy "wstęp wzbroniony" i choć widać było, że wszystko jest już gotowe na przyjęcie turystów, musieliśmy się obejść smakiem, zwiedzając jedynie Bramę Berlińską. Na szczęście Kostrzyn, to nie tylko raweliny, fosy i inne obiekty obronne, ale również "Polskie Pompeje", które pobudziły dziecięcą fantazję.
Siedząc na schodkach prowadzących do zarośniętej krzakami kupy gruzu, patrząc przez okienka suteren wgłąb piwnic pełnych potłuczonych cegieł, przechadzając się po trotuarze, mijając tramwajowe szyny, mogły one oczami wyobraźni zobaczyć ludzi, którzy tam mieszkali i te tramwaje, samochody mknące po bruku. Niesamowite miejsce. Tylko czy kiedyś nie zabudują go gargamelowatymi kamieniczkami? Trzeba poczuć tę atmosferę zanim się to stanie.
Aby zrekompensować sobie niemożność zwiedzenia twierdzy Kostrzyn, postanowiliśmy odwiedzić Fort Gerharda w Świnoujściu. Jaki Fort Gerharda w Świnoujściu? REKRUCI PO-WTA-RZA-JĄ ZA PANEM SIER-ŻAN-TEM! NAJ-LEP-SZY FORT NA ŚWIE-CIE! I BIEGIEM - DO SZCZOTKOWANIA KIBLI - MARSZ!!! To próbka stylu naszego przewodnika, przebranego za pruskiego kaprala (czy  też sierżanta - sprawy wojskowe zawsze były mi obce), który prócz interesujących informacji na temat zwiedzanych pomieszczeń, wplatał w swą opowieść wojskowe żarty, elementy musztry, mrożące krew w żyłach historię o duchach. Całość wycieczki kończyło natomiast strzelanie z armaty, a także pasowanie na młodszego kanoniera artylerii fortecznej. Dzieci jednak miały dość krzyków, traktowania per noga, więc zrejterowały spod szpady przewodnika, nie mogą się zatem poszczycić tak łatwo osiągniętym stopniem wojskowym.
 Ogólnie mogę stwierdzić, że świnoujski fort to jedna z najciekawszych atrakcji w Polsce. Oczywiście moim skromnym zdaniem. I nie chodzi, o jakiś wyśmienity stan zachowanie fortu, bo takim nie jest, gdyż jeszcze kilka lat temu teren ten służył za wysypisko śmieci, ale o to, że ktoś miał pomysł jak atrakcyjnie (przez połączenie edukacji z zabawą, ciekawą również dla dorosłych) zaprezentować tak niszowy produkt jak fortyfikacje, które nagle ożywają wśród tych prostych żołnierskich komend. Dobrze to wróży polskiej turystyce, bo w Polsce fortów jest co nie miara ...

PS. Jakoś mocno entuzjastyczny wyszedł ten post, niepodobne to do mnie :)

wtorek, 21 sierpnia 2012

Lubuska sawanna


 Jeśli ktoś boi się afrykańskich chorób, latania samolotem albo po prostu nie ma wolnych kilku tysięcy, by wybrać się na safari do Afryki, to za dużo mniejsze pieniądze może poczuć się prawie jak na Czarnym Lądzie. Oczywiście "prawie" czyni, jak wiadomo, wielką różnicę, ale my też do Afryki chętnie, tylko bez dzieci, więc skusiliśmy się na ową namiastkę wielkiej przygody. By ją przeżyć wystarczy udać się do Zoo Safari w Świerkocinie. Na spalonym lubuskim słońcem, otwartym terenie przechadzają się tam swobodnie zebry, strusie, wielbłądy, bawoły i inne stwory. Zwierzęta chętnie podchodzą do samochodów krążących po wyznaczonej ścieżce, a niektóre bez żenady wsadzają łby do aut w poszukiwaniu smakołyków.


Tak zrobił niejaki "struś bezczel", który najpierw, gdy rzucił się na niesmaczny bilet, wywołał u naszych dzieci piski przerażenia, a potem salwy śmiechu. Tym samym zapewnił sobie dożywotnie miejsce w arsenale naszych podróżniczych opowieści i trwale zapisał się w pamięci naszych dzieci, które uczyniły go głównym bohaterem anegdotek z wyjazdu. Inne zwierzęta też się bardzo starały zabłysnąć. Zebry i wielbłądy wsadzały łby przez szyby i dawały się głaskać, bawoły zawzięcie taplały się w błocku, a jeden uparty osioł nawet zagrodził nam drogę. Nic to. Bezczel był bezkonkurencyjny. Zapewne nawet za 20 lat dzieci będą wspominały jak to struś prawie nam zjadł karteczkę.


 
 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Północno-zachodnia ćwiartka

Wakacje się co prawda wciąż trwają i czekają nas jeszcze górskie przygody, ale aby nie trzymać dłużej w niepewności wiernych czytelników tego bloga postanowiliśmy podsumować nasz dziewięciodniowy rodzinny objazd po północno-zachodniej ćwiartce.

Gnało nas tam nieznane, znaczna odległość od Warszawy, "wyższy poziom cywilizacyjny ziem odzyskanych", a także fakt, że ta część naszego kraju (oczywiście oprócz Wielkopolski) była dla nas do tej kompletną "białą plamą". A teraz już możemy na swej mapie zaznaczyć takie atrakcje:
- zoo-safari w Świerkocinie,
- zamki w Międzyrzeczu, Łagowie, Szczecinie,
- figurę Chrystusa Króla w Świebodzinie,
- twierdze w Kostrzynie, Świnoujściu i Kołobrzegu,
- wyspy: Chrząszczewską, Wolin, Uznam i Ostrów Lednicki,
- parki narodowe: Woliński i Ujścia Warty,
- bunkry w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym,
- kurorty w Międzyzdrojach, Świnoujściu, Alhbeck, Herringsdorf,
- katedry w Gnieźnie, Kamieniu Pomorskim, Kwidzyniu, Szczecinie,
- skanseny archeologiczne w Wolinie i Lednicy,
- kościoły w Trzęsaczu i Trzebiatowie,
- park miniatur w Pobiedziskach,
- plaża w Dziwnówku.


O tych miejscach, które zrobiły na nas największe wrażenie napiszemy wkrótce. Aby uchylić rąbka tajemnicy mogę napisać, że ważnymi motywami w tych notkach będą: struś bezczel, ostre strzelanie ...



 

Jako że przez rok nie dane nam było nic więcej napisać, wrzuciłem garść fotografii.



wtorek, 8 maja 2012

Piątek

Długiemu weekendowi udało nam się wyrwać z gardła tylko jednodniowy (piątkowy) wypad za miasto. Ale za to jak intensywny! Rysunek Frania najlepiej oddaje różnorodność tej wycieczki, bo czegóż tam nie było. Pałace, konie, strzechy, zamki, kolegiaty i diabły. A wszystko w samym środku Polski.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Obrona backpackerstwa

Do napisania poniższego postu zainspirowała mnie lektura kilku rozdziałów książki Jennie Dielemans "Witajcie w Raju. Reportaże o przemyśle turystycznym" - raczej satyry na jeden z przejawów "dzikiego" kapitalizmu i "wszechogarniającej" globalizacji, niż rzetelnych reportaży, pokazujących rzeczywistość przemysłu turystycznego w miarę obiektywnie, a nie w krzywym zwierciadle.

Nie zaprzeczę oczywiście głównemu zarzutowi autorki odnośnie backpackersów, że kreują się oni na podróżników, spadkobierców Livingstone'a czy Cooka, choć mogą co najwyżej odkryć świetną knajpkę, czy przytulny hotelik, nie opisany jeszcze w przewodniku Lonely Planet.
Ale z poniższymi postaram się polemizować.

Zarzut 1 "Poszukiwanie autentyczności"

Autorka wysuwa tezę, że turyści szukają łatwo dostępnej "autentyczności", która tak naprawdę skazuje górskie plemiona na życie w biedzie (bez anten satelitarnych), a cała ta "autentyczność" jest tworem sztucznym.

Na podstawie różnych relacji znajomych, a także na bazie doświadczeń tajskich mogę zaryzykować stwierdzenie, że "autentyczne" górskie plemiona jednak istnieją, choć nie mieszkają na przedmieściach miasta, ani w "łączonej" wiosce wraz z przedstawicielami innych grup etnicznych. Gdzieś daleko za siedmioma górami, lasami, jeziorami itd, mieszka ta grupka, dla której własna kultura jest najważniejsza, tyle że żaden backpacker do nich nie trafi, bo zajęłoby mu to kilka zbyt cennych dni, a wiadomo dla "podróżnika" liczy się wielość doświadczeń w jak najkrótszym czasie. Te "prawdziwe" dzikie górskie plemiona stanowią uzasadnienie egzystencji tych "na sprzedaż", którzy zyskują przez to, że mieszkają w miejscach łatwo dostępnych, pozwalają na fotografowanie i wchodzenie do domów. Ale z drugiej strony jaką mają alternatywę, bardzo często kompletnie niezintegrowani ze społeczeństwem. Zamieszkać w slumsie? Również bez anteny satelitarnej, bieżącej wody itd? Ale z drugiej strony bez dumy z własnej tożsamości ... W Kambodży na przedstawieniu wspomagającym fundację pomagającą khmerskim sierotom, wszystkie sztuki (tańce, teatr cieni) zostały odtworzone na podstawie dokumentacji etnograficznej, bo Czerwoni Khmerzy zerwali ciągłość tradycji. Gdyby nie te nieautentyczne wioski, wiele zwyczajów Czarnych Hmongów zostałoby zapomnianych.

Zresztą Wietnam jako miejsce, gdzie można poznać "autentyczny" tryb życia tubylców, został dość tendencyjnie wybrany. W takich Indiach nie musisz ruszać się z hotelu, by widzieć ze swego okna kolorowy tłum ludzi w sari bądź turbanach. Oni są "autentyczni" naprawdę, nie przebierają się specjalnie dla turystów, bądź gdyby turystów nie było, ubieraliby się inaczej. Tam, w odróżnieniu od Tajlandii, czy Wietnamu "egzotyka" jest na wyciągnięcie ręki.

Zarzut 2 "Schematyzm tras"

Autorka stawia zarzut backpackersom, że podróżują wyłącznie po standardowych trasach turystycznych, proponowanych przez przewodnik, niewiele wiedząc o kraju, w którym akurat się znajdują.

Wietnam jest krajem, w którym trudno wyjść poza schemat opisany w książce (Hanoi - Ha Long - Sa Pa - Hue - Ho Chi Minh). Wąski pasek (w najwęższym miejscu 30 km) skłania do podróży z południa na północ, bądź na odwrót, a po drodze znajdują się największe "atrakcje". Nie wyobrażam sobie, aby ktoś pojechał do Paryża i omijał szerokim łukiem Wieżę Eiffla i katedrę Notre Dame, podobnie backpackersi pielgrzymują do zatoki Ha Long (uważanej za jeden z cudów naturalnych świata), jadą do Hue (dokąd da się dojechać nocnym autobusem z Hanoi, a to z kolei pozwala zaoszczędzić trochę czasu), a potem dalej do Sajgonu (HCM). Te miejsca są najlepiej skomunikowane (tak mi podpowiada doświadczenie turystyczne), między nimi są najdogodniejsze czasowo połączenia, układają się w logiczną całość. Wyjście poza ten schemat powoduje utratę kilku dni, a na to backpacker, pragnący zobaczyć jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie, nie może sobie pozwolić. W krajach większych, o lepszej i bardziej rozbudowanej infrastrukturze drogowej/kolejowej więcej jest możliwości stworzenia "własnej" trasy. Tak więc ponowne uznanie Wietnamu jako pars pro toto "przemysłu" backpackerskiego jest swego rodzaju nadużyciem, aby jeszcze bardziej obedrzeć backpackersów z otoczki "podróżniczej".

Zarzut 3 "Dostosowanie atrakcji pod Klienta"

Autorka ma za złe Wietnamczykom, że zamiast pielęgnować pamięć o tragedii wojny wietnamskiej, pamiątki po niej sprzedają odwiedzającym, a z miejsc walk tworzą atrakcje turystyczne, skrojone na potrzeby backpackersów znających tę wojnę z kultowych filmów.

Nie da się ukryć, że turystyka nie różni się od innych gałęzi gospodarki. Klient płaci dokładnie za to, czego chce. Ma przecież kilkadziesiąt innych krajów do wyboru, dokąd może pojechać na wakacje. Jeśli pierwszym skojarzeniem z Wietnamem jest dla większości ludzi na świecie wojna wietnamska, to nie wykorzystanie tak silnej konotacji byłoby ze strony Wietnamczyków wielkim błędem (marketingowym). Wszak w dzisiejszym świecie "marki" jakim są poszczególne kraje, muszą się wyróżniać, a gdzie poza Wietnamem można pochodzić wśród pól minowych, po tunelach Wietcongu ... Afganistan nadal jest zbyt niebezpieczny dla turystów, ale pewnie kiedyś jego "atrakcją" turystyczną będą jaskinie, gdzie ukrywał się Osama bin Laden. Cóż kapitalizm ... A czy było lepiej jak jeżdżono na wczasy pracownicze do Ryni?

Oczywiście w książce pojawiają się zarzuty, że stać nas na zagraniczne wakacje, dzięki temu, że tamtejsi pracownicy dostają głodowe pensje, a hotele są budowane przez - traktowanych niczym niewolnicy - birmańskich uchodźców. Ale czy w innych branżach jest inaczej? Niby gdzie szyje H&M?

Zresztą podobnie jak Jennie Dielemans mam swój (równie naciągany i nieprawdziwy) stereotyp dotyczący backpackersów, ale czy to powód by pisać o tym książkę? Otóż uważam, że są oni masą, dla której najważniejsze jest picie piwa, ćpanie, imprezowanie, a wszystko to za zdecydowanie mniejsze pieniądze niż w swoich ojczystych krajach. "Atrakcje" są tylko pretekstem i wymówką do podróży i pozwalają zapełnić czas między jedną, a drugą balangą na plaży. Tyle, że w Polsce takich backpackersów wg mnie raczej (na razie) nie ma. Polacy podróżujący z plecakami są starsi i jednak mają inne priorytety.

Na koniec jeszcze kilka autorefleksji czyli my jako "plecakowcy"
Z naszego doświadczenia wynika, że im więcej mamy dzieci, tym bardziej zbliżamy się do obrazu wyśmianych przez szwedzką autorkę "klasycznych" backpackersów, bo:
  • poruszamy się po trasach najbardziej uczęszczanych, aby nie utknąć z dziećmi na "zadupiu", w zarobaczonym hotelu, z perspektywą, że następny autobus, który może nas stąd wywieźć przyjedzie za 2-3 dni
  • odwiedzamy "wioskę" Padaungów leżącą na obrzeżach Chiang Mai, zamiast szukać jej w niedostępnych górach
  • mamy coraz mniej czasu, na "zgłębianie kultury lokalsów", bo większość zajmuje opieka nad dziećmi, podczas zwiedzania nierzadko brakuje chwili, by przeczytać w przewodniku, co się właśnie widzi ...
  • coraz częściej korzystamy z wycieczek organizowanych przez agencje turystyczne, choć wcześniej, aby zaoszczędzić sami sobie takowe organizowaliśmy, jak na przykład treking do Choquequirao w Peru, a wszystko to z tego powodu, że łatwiej z dziećmi zapakować się pod hotelem do busika niż samemu szukać dworca itd.
  • część atrakcji jest w naszym planie skrojona specjalnie dla dzieci - gdybyśmy mieli planować ciekawe miejsce wyłącznie dla siebie, to na pewno nie znalazłoby się tam np. bardzo komercyjne i wątpliwe "ekologicznie" robienie zdjęć z tygrysami w klatkach
  • wybieramy coraz tańsze "destynacje", aby udźwignąć kosztowo taką wyprawę w piątkę.

wtorek, 13 grudnia 2011

Rysunkoreportaż Frania

Bangkocka ulica i my w rykszy.

Leżący Budda. Zwróćcie uwagę na buty zostawione przed wejściem do świątyni.

Kramy w wiosce "długich szyi".

Bayon. Wieże w kształcie głów Buddy, wódz na wozie ciągniętym przez wozy, wojownicy na łodziach.

Pływające wioski (ładnie tam, są nawet kwiatki) i nasz statek.

Bamboo train. Jedna drezyna właśnie ustępuje nam z drogi.

Bamboo train według Różyczki.

Urodziny króla Bhumidola (pośrodku). Poniżej prezenty dla niego (między innymi bułeczki).

Nocny autobus.

Zachód słońca w Ao Nang.


Zwierzęta spotkane podczas wyjazdu.


Museum of Siam. W lewym górnym rogu Franek i ja strzelamy do Birmańczyków z armaty. Pośrodku słoń z armatą, a po prawej pojazdy, do których można było tam wejść (samochód z lat sześćdziesiątych i tuktuk).


Lot powrotny.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Zamiast podsumowania



Podsumowanie naszej trasy:

Bangkok, gdzie widzieliśmy kompleks świątynny, rekiny, pingwiny i tradycyjny tajski dom
Chiang Mai, gdzie jeździliśmy na słoniach, spotkaliśmy plemię "długich szyi", głaskaliśmy tygrysy
Ayuthaya, gdzie zwiedzaliśmy starą stolicę Syjamu
Siem Reap, gdzie włóczyliśmy się po świątyniach Angkoru
Battambang, dokąd przypłynęliśmy statkiem, a w samym mieście podziwialiśmy kolonialną architekturę, uczyliśmy się gotować, a w okolicach jechaliśmy bamboo train oraz chłonęliśmy wiejskie obrazki z Kambodży
Damnoen Saduok, gdzie byliśmy na pływającym targu
Ao Nang/Railay, gdzie byczyliśmy się na plaży
Ko Phi Phi, gdzie j.w.
Bangkok, gdzie odwiedziliśmy Museum of Siam

TOP 5 Franka:
1. Jazda na słoniu (ale tylko ze względu na to, że jechał na jego głowie, przed "kierowcą")
2. Bamboo train (bo szybszy niż ekspres Chang Mai - Bangkok)
3. Tygryski (bo można się na nich położyć)
4. Angkor (bo taki ogromny)
5. Morze

TOP 4 Róży:
1. Makaki
2. Basen/morze
3. TV w samolocie/hotelu
4. Naciskanie wszelkich guziczków, które inicjowały interaktywną prezentację np. historię powstania Ayuthai w Museum of Siam

TOP -5 Łucji:
1. Branie Malarone
2. Nocne jazdy pociągiem/autobusem
3. Tamtejsze słoiczki i kaszki
4. Branie na ręce przez tubylców
5. Pęd tuk-tuka
Co się podobało Łucji? Nie wiemy.

TOP 5 Justy:
1. Angkor
2. Teatr cieni
3. Jedzenie + kurs gotowania
4. Morze (Railay)
5. Kambodżańskie widoki życia codziennego

TOP 5 Pity:
1. Angkor
2. Teatr cieni
3. Bamboo train
4. Tajskie jedzenie na ulicy/kambodżańskie dania w restauracjach
5. Morze (Koh Phi Phi) /morskie głębiny czyli Siam Ocean World (to ze względu na pingwiny)

A na deser filmiki:

Siam Ocean World




Teatr cieni


Bamboo train